piątek, 28 lutego 2014

228. Rezerwat niebieskich ptaków



Autor: Ewa Nowak
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 9 października 2013
Liczba stron: 311


Kożuszek najwyższej jakości, czyste skórzane buty, makijaż z najdroższych kosmetyków i jeszcze podwożona przez osobistego szofera. Patrzysz na nią z nieukrywaną zazdrością – z radością byś się z nią zamieniła. Czy ktoś z taką ilością pieniędzy, której już niemal nie ma na co wydawać, może mieć jakiekolwiek problemy? Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają – ale ty gdybyś miała wybierać to chyba wolałabyś płakać w luksusowym mercedesie niż w najtańszym fiacie.

Sara to nastolatka pochodząca z bogatego domu. Jej rodzice wzbogacili się z dnia na dzień, otrzymując ogromny spadek i tym samym diametralnie zmienili swoje życie. Nie muszą pracować, ponieważ pieniędzy nigdy im nie zabraknie – ojciec więc namiętnie hoduje kury i poświęca im każdą wolną chwilę, a matka zajmuje się przeglądaniem gazet, wąchaniem aromatycznego zapachu kawy (bo samej kawy pić nie lubi) i stylowym nic nie robieniem. Za to Sara w swojej ekskluzywnej prywatnej szkole nie ma choć chwili dla siebie – projekty, wyjazdy i prace domowe zajmują jej każdą godzinę. Niespodziewanie postanawia odnowić kontakt z koleżanką z starej podstawówki – czasów, gdy jeszcze nie opływała w luksusy. Beata okazuje się całkiem zmienić jej pogląd na świat i myślenie. Czy Sara będzie potrafiła odnaleźć swój sposób na szczęśliwe życie w tym życiowym bałaganie? I czy na pewno pieniądze przynoszą tak wielkie szczęście jak nam się wydaje?

Ewa Nowak to moja najulubieńsza polska autorka – w jej pióro ufam całkowicie i jeszcze nigdy się nie zawiodłam na jej genialnych książkach. Każdą z nich czytałam po kilka razy, a i tak uwielbiam do nich wracać – są zbyt dobre by tego nie robić. Zalety jej powieści mogłabym wymieniać długo – zabawne, mądre, nieogłupiające, inteligentnie poprowadzone, poruszają problemy współczesnych nastolatków, dotykają ważnych kwestii, z genialnymi dialogami, interesującą, wciągającą fabułą, lekkim językiem… Gdy dopadła mnie czytelnicza niemoc i za nic nie mogłam wciągnąć się w żadną książkę, musiałam wrócić do Rezerwatu. I ulubiona autorka znów mnie nie zawiodła.

Tym razem poruszamy się w środowisku elitarnym, bogatym, wśród nastolatków, którym nic nie brakuje. A jednak i oni mają swoje problemy – i to wcale nie takie błahe jak może się wydawać. Okazuje się, że gdy pieniądze zasłaniają świat, zaczyna brakować czasu na miłość, szczerą przyjaźń, a prywatna szkoła z najdoskonalszą kadrą nauczycielską i stuprocentowo zwrócona ku uczniowi, potrafi nieźle dać w kość. Jednocześnie autorka zderza ten obraz z wizją bohaterki jaką jest Beata - nastolatki przeciętnej, której zawsze czegoś brakuje, w świecie gdzie ciężko o pracę, ale za to po powrocie do domu czeka pachnący domowy kapuśniak, rodzice żartujący przy stole i prawdziwa potrzeba pomocy. Zresztą o tym wszystkim będziecie mogli się przekonać sięgając po Rezerwat niebieskich ptaków – to lektura, która porusza najczulsze struny duszy i każe odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Genialny styl Ewy Nowak sprawia, że każdy nastolatek stanie oko w oko z własną rzeczywistością i zapyta siebie, czy naprawdę tak wiele mu brakuje, jak jeszcze niedawno mu się wydawało.

Każda pozycja napisana przez Ewę Nowak, nie tylko ta, jest obowiązkowa dla każdego nastolatka, a także dla każdego rodzica. To autorka, która pisze w sposób trafiający w stu procentach do młodego czytelnika, nie nuży i stawia ważne pytania. Dla mnie jest numerem jeden na polskim rynku – polecam jej książki z całego serca! Warto je poznać i warto je pokochać.  

środa, 26 lutego 2014

Pan Stos

Tak jak wspominałam dzisiaj na fejsbuku - zawitał do mnie Pan Stos. Przyszedł, rozmościł się na półkach (ledwo się zmieścił biedaczek, moje półki niestety wiele książek muszą znosić i cudem upycham w nich kolejne) i kazał się fotografować. Co miałam czynić - gość nasz pan, więc fotografowałam.
Ale to nie wszystko! On chciał się jeszcze z Wami przywitać. I pochwalić, bo do najskromniejszych nie należy. 
Także tego, poznajcie się!


Od góry:
  • Martin ZeLenay Tajny raport Millingtona (od Znaku) - przedpremierowa, wyczekiwana, już się nie mogę doczekać lektury, bo brzmi przepysznie!
  • Leszek K. Talko Dziecko dla odważnych (od Znaku) - yy, tej książki się nie spodziewałam, przyszła i sama nie wiem co mam z nią począć. Ale chyba przeczytam, bo dobrze brzmi.
  • Leszek K. Talko Pitu i Kudłata w opałach (od Znaku) - czytam z Najmłodszym i zaśmiewamy się do łez <3 Recenzja będzie na dniach.
  • Katarina Mazzeti Facet z grobu obok (od Czarnej Owcy) - śmiesznie się zapowiada. Czasami takie też są potrzebne, o tak.
  • Kerstin Ekman Oszustki (od Czarnej Owcy) - byłam nią taka zaciekawiona, a czytając recenzje na jej temat zapał mi zgasł zupełnie. Ale może nie będzie tak źle.
  • Graeme Simsion Projekt Rosie (od wydawnictwa Media Rodzina) - kolejna z serii Gorzka Czekolada - brzmi i zapowiada się cudownie.
  • Jennifer A. Nielsen Król uciekinier (od Open Gate) - przeczytałam, zrecenzowałam i teraz nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem póki nie wyjdzie trzecia część.
  • Krzysztof Pałys OP Ludzie ósmego dnia (podkradnięte siostrze) - o autostopowiczach. Czyli zacne.
  • Eowyn Ivey Dziecko śniegu (wygrane u Cassiel) - to jedna z najładniejszych i najbardziej urokliwych książek jakie mam, czuję, że jej lektura będzie równie fajna.
  • Javier Ruescas Play (od DużegoKa) - bo Gagatek polecał.
  • Alexandra Monir Poza czasem (od DużegoKa) - okładka jest obłędna, no i poza tym to... ładnie wygląda. Jak ja miałam się oprzeć? :D
  • Katarzyna Michalak Bezdomna (od Literatury.jutentum) - ja naprawdę nie lubię tej autorki, ale może tym razem nie będzie tak źle. Bo prawdę mówiąc - czyta się ją całkiem nieźle.
  • Katarzyna Michalak Ogród Kamili (od Literatury.jutentum) - i znów wszystko przez Gagatka! Namówiła mnie, no. 
Uff, to tyle.
I na koniec jeszcze ostatnie uśmiechy feryjne. Enjoy! <3

wtorek, 25 lutego 2014

Lutowe linki miesiąca, których nie możesz przegapić


hejhej,

dzisiaj tak krótko, bo czuję się okropnie, tak więc tak raz dwa. Nie wiem kiedy zleciał mi ten luty, bo przecież dopiero niedawno przedstawiałam Wam linki styczniowe - i ogromnie się cieszę, że tak się Wam spodobały! Mam nadzieję, że te przypadną również przypadną Wam do gustu :3
(w tym miesiącu wyszło tak mało książkowo, więc obrazek nadrobi - bo ładny.)


WOLF | via Tumblr

1) Zacznijmy może od historii, która zawstydza - mnie zawstydziła okropnie, mam nadzieję, że na Was podziała równie motywacyjnie. I w ogóle rozejrzyjcie się po blogu Ani - pisze genialnie!

2) Dwa filmiki - pierwszy cudownie pozytywny i cudownie juventowy, drugi obłędnie książkowy - warto to zobaczyć!

3) Julia pisze o sztuce origami - sama kiedyś to uwielbiałam, więc jak najbardziej rozumiem!

4) O tym, jak łapać stopa będąc jednocześnie kobietą z klasą - tekst czyta się wspaniale, wszyscy, którzy stopem jeździć mieli przyjemność (niewątpliwą!) na pewno zrozumieją, a reszta.. poczyta świetnie napisany tekst.

5) Recenzja książki, o której wcześniej nie słyszałam, ale absolutnie przekonała mnie do tego by po nią sięgnąć. Takie recenzje lubię czytać najbardziej!

6) Tak się złożyło, że Natalia wpadła na ten sam pomysł co ja - na całe szczęście nasze linki się różnią. Poza tym, że nazwę ma genialną to zawartość równie zacną - zapraszam na pierwszą i drugą część jej sznurkowego dwutygodnika!

7) Jeszcze walentynkowo - u Gosiarelli o parze sto razy lepszej niż szekspirowski Romek i Julka, a u Julki ranking najlepiej dobranych par w literaturze - wiem, że takich pojawiło się sporo, ale ten jest moim zdaniem jednym z najlepszych.

8) Mało jest rzeczy, które poprawiają mi humor tak jak recenzje Gagatka - a ta jest taka kochana! Uwielbiam takie czytać.

9) O polskim rynku książki u Magdy - część pierwsza i druga. Ja z niecierpliwością czekam na kolejne!

10) O średniowiecznych kobietach na podstawie Meridy Walecznej - zapewniam, że spodoba się nawet tym, którzy filmu nie znają, a z historią są na bakier.

11) I na koniec tekst Marty o tym, dlaczego warto czytać. Myślę, że warto podsunąć go nieprzekonanym do czytania - gdybym nie robiła tego nałogowo od razu sięgnęłabym po książkę!

Ściskam!

piątek, 21 lutego 2014

227. W krainie ognistego kwiatu




Autor: Carla Federico
Tytuł oryginału: Im Land der Fauerblume
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 14 listopada 2012
Liczba stron: 654


Zimny morski wiatr rozwiewa ci włosy, gdy stoisz przy burcie i patrzysz w horyzont. Jeszcze niedawno poza długą i niemal bezkresną taflą morza nie było widać zupełnie nic - dziś coraz bardziej wysuwa się widok gór, gdzieś migają fragmenty dachów - domów z ludźmi, kościołów, sklepów. W sercu coraz bardziej rośnie nadzieja, że do postawienia pierwszego kroku na nowej, nieznanej ziemi jest coraz bliżej, coraz bliżej nowego rozdziału. Jaki on będzie? Czy poradzą sobie w całkiem nowej rzeczywistości i czy te wszystkie plany i marzenia z tym związane będą miały choć cień szansy na spełnienie? 


Mamy 1832 rok. Na porcie w Hamburgu kilkadziesiąt rodzin wyczekuje w gorącu na statek, który ma zawieźć ich na nowe, nieznane ziemie, gdzie chcą założyć swoje osady, pola i rozpocząć inne życie - do Chile. Wśród nich jest Eliza ze swoim ojcem i macochą, Christine z mężem i piątką dzieci, zaborczy i okrutny Lambert z żoną i przestraszonymi dziećmi oraz pastor Zachariasz z siostrzeńcem Korneliuszem. I właśnie ten ostatni ratuje w ostatniej chwili z opresji piękną Elizę, jednocześnie zakochując się w niej po uszy. Jeszcze nie wie, ile będzie musiał przejść, żeby dotrzeć do niej, gdy po długiej i uciążliwej podróży dobiją do brzegów Chile. Tam będą musieli się podjąć ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń by zbudować na nowo swój świat. Jak potoczą się ich losy?

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po sagi rodzinne - zwłaszcza gdy są obszerne, ciekawe, a poza tym pokazują też w jakimś stopniu część historii, losy ludzi w zmiennych, niepewnych jutra czasach. I jeśli chodzi o takie książki to ufam tym wydawanym przez wydawnictwo Sonia Draga - wystarczyła jedna z nich, mianowicie W krainie białych obłoków, by porwać mnie całkowicie w świat imigrantów wyruszających w świat w poszukiwaniu nowego szczęścia i w pogoni za utraconymi marzeniami. Kiedy zobaczyłam W krainie ognistego kwiatu, nie wahałam się długo - kupiłam i zadowolona odłożyłam na półkę. I właśnie niedawno, w okresie ferii zimowych poczułam, że ogromnie chcę ją poznać teraz i natychmiast. Więc zaczęłam czytać i... przepadłam. Po prostu. 

Genialne jest w niej to, że bohaterów nie da się jednoznacznie ocenić - ten był fajny, tego polubiłam, a tej nie znoszę, ponieważ w trakcie fabuły, która trwa ponad trzydzieści lat, wszyscy bardzo się zmieniają. Ci sami ludzie przestają być tacy jacy byli na początku, pojawiają się nowi, nowe relacje, kłamstwa, miłości, jest zazdrość, zawiść, walka o przetrwanie. Pod koniec nikt już ich by nie poznał - ci co byli dziećmi stali się już rodzicami, a nawet dziadkami. To jest naprawdę niesamowite, bo pokazuje prawdziwą sagę rodzinną, prawdziwą długość rodu, rodziny, ludzi, na początku sobie całkiem obcych, a w końcu tak bliskich. 

Książkę Carly Federico czyta się naprawdę dobrze, szybko, ponieważ akcja jest dosyć napięta i rzadko kiedy zwalnia, a choć może na początku potężna ilość stron może przerażać, to wkrótce okazuje się jak płynnie i z ogromną ciekawością się ją pochłania. Bardzo polubiłam styl pisania autorki - jest przystosowany do każdego czytelnika, nie irytuje, pozwala delikatnie nieść się między wydarzeniami, opowiadając je w sposób tak ciekawy i tak kuszący, że ciężko się od niej oderwać. W krainie ognistego kwiatu to lektura, do której wraca się z przyjemnością - a myślę, że to jedna z najlepszych rekomendacji. 

Polecam ją - zwłaszcza kobietom głodnym ciekawych, porywających historii. W krainie ognistego kwiatu to książka posiadająca również drugie dno - pokazuje ciężką pracę, miłość, rodzącą się przyjaźń, przywiązanie do ludzi, a także ukazującą autentyczne warunki imigrantów, którzy w XIX wieku przybywali do Chile w poszukiwaniu nowego życia. Dla mnie była genialną przygodą i z pewnością będę polecać ją każdemu - warto ją znać!

środa, 19 lutego 2014

skąd biorę czas na czytanie?

Żyjemy dzisiaj w świecie, w którym nikt nie ma na nic czasu. Nie ma czasu na przyjemności, nie ma czasu na samorealizację, nie ma na rozwój, czas spędzony z rodziną, sięgnięcie po ciekawą książkę czy gazetę. Powiem szczerze - mi też go wciąż brakuje, jestem niezorganizowana, tracę często czas na niepotrzebne czynności, często zapominam o świecie, nie mówiąc już o obowiązkach. Szkoła przytłacza mnie nie raz ilością zadań, projektów i nauki, i uwierzcie mi, że są tygodnie, że co wieczór marzę o tym, by zaspać. A większość, jeśli się mylę to mnie poprawcie, ma zapewne podobnie. 

Mimo wszystko co miesiąc udaje mi się przeczytać mniej więcej dziesięć pozycji, czasami nawet więcej. Jak ja to robię? 

sz

1. Nie tracę czasu

Staram się nie marnować ogromnej ilości wolnego czasu, którą spędzam na czekaniu. Przerwy w szkole, wolne lekcje, dojazdy (czy tylko ja uwielbiam czytać w pociągu?), opóźnienia, dają mnóstwo chwil, którzy prości ludzie nie czytający spędzają najczęściej na patrzeniu się przed siebie bądź we własne buty. Ja staram się to wykorzystać w stu procentach i wyciągnąć książkę!

2. Rezygnuję z telewizji i innych przeszkadzaczy

Już nie pamiętam kiedy ostatni raz z własnej woli włączyłam telewizor. Ostatnio kilka razy udawało mi się śledzić poczynania z igrzysk olimpijskich, ale i tak zaledwie z doskoku. Poza tym od telewizji trzymam się z daleka, bo przeraża mnie jak wiele czasu spędzam na biernym wpatrywaniu się w nią, gdy tak naprawdę nic z tego nie wynoszę. I szczerze mówiąc gdy omijam ją szerokim łukiem czuję się szczęśliwszym człowiekiem!
Z komputerem jest trochę trudniej, ale też staram się walczyć z długim i bezczynnym przesiadywaniem godzinami na fejsbuku czy youtubie. Da się? Da się! A oszczędzony wolny czas przeznaczam na lekturę.

3. Czytam często kilka pozycji na raz

Z jednej strony dlatego, że mam naturę bardzo zmienną i ciężko mi się nie raz zdecydować tylko na jedną pozycję, z drugiej strony, ponieważ lubię sobie urozmaicać czytanie i nieraz nieco mnie nuży bycie tylko w jednej pozycji - zwłaszcza gdy niezbyt mnie ona porywa. I jeszcze jedna rzecz - nie zawsze ta sama książka, którą czytam w domu nadaje się do wzięcia do szkoły czy pociągu, bo jest za gruba czy też zbyt głęboka i nie umiem się wczuć w nią i skupić gdy nie mam ciszy. A takie czytanie kilku książek na raz również oszczędza nieco czasu, choć wiadomo - tym samym wydłuża czas czytania jednej pozycji. Coś za coś!

4. Nie zmuszam się do czytania

Nie cierpię robić czegoś na siłę, dlatego gdy nie mam ochoty danego dnia czytać bądź jestem na to zbyt zmęczona to po prostu tego nie robię. Nie mam zamiaru męczyć się z czymś i zmuszać się do robienia czegoś co sprawia mi ogromną przyjemność, bo ktoś mnie sprawdza czy też śledzi moje efekty. Wszystko co robię staram się wykonywać w stu procentach dla siebie i dla własnej satysfakcji, a nie dlatego że muszę. Zresztą po krótkiej przerwie od lektury powrót jest dwa razy lepszy!

5. Zawsze biorę ze sobą coś do czytania

Raczej nigdy nie wychodzę z domu bez książki - biorę ją nawet wtedy gdy szanse na chwile lektury są niewielkie. Nigdy nie mogę być pewna, że coś pokrzyżuje mi plany i będę musiała bezczynnie czekać, a zgodnie z punktem pierwszym - staram się tego unikać. Dlatego odruch pakowania książki każdego dnia do torby polecam każdemu kto jeszcze go nie ma - sprawdza się!

A Wy, jakie macie sposoby? 

poniedziałek, 17 lutego 2014

226. Wybrani



Autor: C.J.Daugherty
Tytuł oryginału: Night School
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 6 marca 2013
Liczba stron: 432


Wysokie, ciemne, grube mury, wznoszące się niczym do nieba, piętrzące się tak wysoko, że ciężko dostrzec ich koniec, swoją potęgą zasłaniające słońce. Wielka brama otwierająca się z głuchym skrzypieniem, żeby dostać się do środka trzeba użyć wiele siły aby pchnąć mocno żelazne wrota. Widok nie zachęca, co więcej - odstrasza. Czy ktoś chciałby tu dobrowolnie wrócić?

Allie jest nastolatką tak zbuntowaną, jak tylko nastolatki być potrafią. Po burzy emocjonalnej jaką przeszła, nie potrafi ułożyć swojego życia, więc wciąż wplątuje się w kolejne problemy. Rodzice już nie dają sobie rady z ciągłym przepisywaniem jej do kolejnych szkół. Postanawiają podjąć inny środek - Allie trafia do elitarnej szkoły z internatem, poza Londynem - do Akademii Cimmeria. Choć na początku jest temu bardzo przeciwna i wrogo nastawiona do wszystkiego co ją będzie czekać, okazuje się że szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu. Poznaje nowych znajomych, zawiera przyjaźnie, zakochuje się. Tylko, że to nie jest zwyczajna szkoła - kryje pewną tajemnicę, a jak się okaże - dziewczyna jest w nią bardzo wplątana. Czy będzie potrafiła ją odkryć? Kto jej w tym pomoże?

W końcu i ja - po długich namowach i wielu rekomendacjach - sięgnęłam po Wybranych. Sama nie wiedziałam co o niej sądzić, poza tym, że bardzo chciałam ją poznać. Reklamowana była jako szalenie wciągająca, umilająca czas, wbrew dość mylnej okładce przedstawiana jako całkowicie realna, bez paranormalnych zjawisk, co jak dla mnie jest na ogromny plus - sama mam powoli dość historii nie z tego świata. Sięgnęłam więc po nią z nadzieją na naprawdę dobrą książkę, tak jak wciąż mnie do tego przekonywano. Przeczytałam i muszę powiedzieć, że to najprawdziwsza prawda - mi Wybrani przypadli do gustu!

Jestem okropnie zła na wydawnictwo - nie dość że dali przedziwną, dość mylącą i niezbyt przyjemną dla oka okładkę, to jeszcze najważniejsze informacje z książki podali na tylnej stronie. Jak dla mnie zrobili czytelnikom niemiły spoiler - informacje które są tam podane rozgrywają się w połowie powieści, a poznanie ich wcześniej niszczy całą niespodziankę. Jeśli będziecie chcieli sięgnąć po Wybranych - a polecam - to nie czytajcie co jest napisane w opisie - uwierzcie mi, że chcecie dowiedzieć się tego sami!

Wracając jednak do książki - czyta się ją naprawdę dobrze. I na dodatek niezwykle przyjemnie. Akcja raz pędzi, raz zwalnia, wywołując u czytelnika miły dreszczyk emocji, pojawiają się tajemnice, zagadki nie do rozwiązania, ktoś kłamie, ktoś umiera, ktoś nie chce powiedzieć całej prawdy. Autorka ma niezwykle przyjemny styl pisania - pisze lekko, płynnie i potrafi dość dużo wątków ładnie ze sobą zgrać, tak że czyta się wyśmienicie i płynnie, bez zbędnych nużących przestojów. Poza tym wciąż rodzi się w głowie pytanie co będzie dalej, przez co ciężko ją odłożyć choćby na chwilę. Lektura Wybranych zdecydowanie pozwala odpocząć - od natłoku zajęć, stresu, wielu obowiązków. Ja czytałam ją z uśmiechem na twarzy!

Polecam ją, jak najbardziej. Choć może nie zmieniła mojego życia i nie wniosła do niego nic nowego, w wspaniały sposób umiliła mi czas. Nie ogłupia, a daje kawał dobrej literatury młodzieżowej na wysokim poziomie, z rozbudowaną fabułą i stylem pisania, dzięki któremu połyka się ją z przyjemnością. Z pewnością przypadnie do gustu nie jednej głodnej wrażeń nastolatce, również osoba starsza może być zadowolona. Ja już wypatruję kolejnych części - zakończenie sprawiło że muszę wiedzieć co zdarzy się dalej!

środa, 12 lutego 2014

225. Przyjaciółka z młodości




Autor: Alice Munro
Tytuł oryginału: Friend of My Youth
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 26 września 2013
Liczba stron: 436


Słowa mogą być tak bardzo różne od siebie. Jedne ranią, inne ratują życie, a jeszcze inne sprawiają że z radości możemy skakać do nieba. Z słowami należy być ostrożnym - wystarczy jedno pechowo wypowiedziane w złą godzinę by zmienić los. Lecz słowa mówione nawet nie mogą się przyrównywać do tych pisanych - te drugie zostają nie tylko na chwilę, lecz na wieczność. Zostawiają niezaprzeczalny ślad po sobie, siedzą w umysłach ludzi, działają na ich wyobraźnię i pobudzają do działania.


Przyjaciółka z młodości to zbiór opowiadań - lecz nie zwykłych opowiastek, lecz historii z duszą i drugim dnem. Autorka serwuje nam przenikliwy i dokładny podgląd na mały urywek z codzienności bohaterów, podaje niczym na tacy ich skomplikowaną historię życiową, pokazuje kawałek z ich życia - często ten najbardziej tragiczny i dotkliwy. Miłość miesza się z nienawiścią, tęsknotą, zazdrością, gdzieś figuruje ogromne uczucie, gdzie indziej wielki dramat. Lecz jest również miejsce dla przyjaźni, nostalgii, oczarowania. Między tym potrafi wpleść dodatkowo nutkę tajemniczości, jakąś zagadkę, kroplę ironii, sarkazmu, jak i goryczy. Jesteście ciekawi?

Czytałam już wiele zbiorów opowiadań, ale jeszcze żaden nie zachwycił mnie tak bardzo jak ten napisany przez Alice Munro. Zamknęłam ostatnią stronę i wykrzyknęłam, że teraz naprawdę wiem za co ona tego Nobla dostała! Nagroda jaką została uhonorowana w zeszłym roku jest w pełni zasłużona - za tę lekkość pióra, głębokość wyrazu, niesamowity przekaz!

Bohaterowie jakich kreuje Noblistka mają mocno zarysowany charakter - potrafią się buntować, postawić, płaczą, zazdroszczą, a każda emocja pokazana jest w sposób niesamowicie wyrazisty i konkretny. Czytelnik przeżywa wszystko razem z nimi - to co tak genialnie przedstawione jest na kartach Przyjaciółki z młodości trafia w stu procentach i całym przekazem do nas. Pokochałam Alice Munro właśnie za ten genialny dar opowiadania - nie czułam się jakbym czytała powieść tak utalentowanej pisarki, mającej swój noblowski medal, lecz starszej znajomej opowiadającej mi kilka historii ze swojego przebogatego dorobku życiowego.

Wiem, że nie wszystkie dzieła Noblistów, nawet (a może zwłaszcza) polskich (chociaż jak dla mnie wypada i warto ich znać) trafiają do nas i potrafią ująć. I może właśnie dlatego dajcie się przekonać do Munro? Jak dla mnie jest to pisarka, którą trzeba znać - jej proza to przyjemność w najczystszej postaci! Polecam, polecam, polecam!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Literackie!

niedziela, 9 lutego 2014

Rozmawiamy: skąd czerpać inspiracje?

Odpowiadając od razu na pytanie zadane w tytule: sama chciałabym w tym momencie to wiedzieć. Ostatnio ciężko mi idzie zorganizowanie się z czymkolwiek, bo albo się uczę, albo śpię. I dlatego kolejna odsłona tego cyklu tak bardzo się przeciągnęła - początkowo miała być w połowie stycznia (najpóźniej), a wyszło... no tak jak wyszło xd Mam jednak nadzieję, że z początkiem ferii (5dni5dni5dni) jakoś to wszystko poukładam - i bloga, i codzienność... i w ogóle. 

Untitled

Tymczasem przejdźmy do tego, czego również nie mam - czyli weny twórczej. Musiałam, po prostu musiałam zapytać o nią Gosiarellę - kiedy ją dopada ten twórczy błysk? Od zawsze byłam stworzeniem nocnym, dlatego to własnie wtedy tworzę teksty, a do głowy przychodzą mi najlepsze pomysły. W dzień za dużo rzeczy mnie rozprasza, jest dużo do zrobienia, ciągle ktoś przeszkadza i tak w kółko. Noc jest cicha, spokojna, a przy tym bardziej nastrojowa, dzięki czemu wena przychodzi sama, a ja ją zauważam. Jak i BezrobotnąWena dopada mnie w bardzo różnych momentach. Czasami bodźcem jest ciekawy fragment książki, czasem jej ogólny wydźwięk, interesujące treści z innych blogów, piękny krajobraz, pogoda, dobry nastrój, złe samopoczucie - nie można wpisać jej w żadne ramy. Pojawia się nieoczekiwanie, nierzadko w najmniej spodziewanej chwili, kiedy niestety nie mam przy sobie nawet kartki i długopisu. Może najść mnie rano w zatłoczonym autobusie, może ukazać się dopiero przed snem, kiedy już niemal wkraczam w krainę błogiego zapomnienia. Szkoda tylko, że nie ma jej zawsze wtedy, kiedy staram się spisać swoje wrażenia po przeczytanej książce lub obejrzanym filmie. Potrafi płatać figle.

Mnie najczęściej dopada jak kładę się spać, ale poza tym w czasie spacerów - w ciągu dnia wiele chodzę na piechotę, a ponieważ jestem okropną gapą i słuchawek zapominam częściej niż większość ludzkości, a gdy już je wezmę przerasta mnie ich rozplątanie to idę... i myślę. Polecam i to bardzo - nie tylko książkowe dylematy można w ten sposób rozplątać! Nawet nie wiecie na ile ja już w tym czasie pomysłów wpadłam!

Tylko, że są takie dni, kiedy tej weny naprawdę brak. Nie ma i już - choćbyś stawała na głowie, nie możesz napisać nic z sensem. I co wtedy? Z pomocą przychodzi Sophie di AngeloU mnie jest to zależne od tego, co chcę opisać. Potrafię po kilku miesiącach wrócić do jakieś pozycji i próbować ją zrecenzować,ponieważ dopiero mnie natchnęło. Niekiedy tuż po lekturze/seansie mam w głowie tysiąc rzeczy, które mogę omówić, a czasami biała plama, null po prostu. Najprościej mówiąc zależy od pozycji/tematu, czy mam wenę i chęć pisać. Staram się nie pisać na siłę, to jest wyczuwalne. Gdy nie mam weny, często piszę np. tylko jeden akapit, a kilka dni później dodaję coś innego i jakoś coś z tego powstaje. Nie zawsze jestem zadowolona, ale czasami gonią mnie terminy, co też nie zawsze mnie cieszy.

Sama świetnie to rozumiem - ostatnio czytam książkę i w głowie mam cały zarys tego co chcę napisać, po czym siadam do komputera i... pustka. Zwłaszcza kiedy jestem zmęczona (ostatnio zdecydowanie zbyt często) - wtedy nie potrafię sklecić prostego zdania, bo wszystko wychodzi strasznie zagmatwane i jakoś niegramatycznie poskładane. Wtedy robię to co ostatnio mogliście zaobserwować - czyli nic. Po prostu trzeba... czekać.
(a przy tym czekaniu namiętnie produkuję różnej maści ciasta - chwilowo akurat żywię się niemal samymi drożdżówkami! i polecam - nie dość, że pomaga, to jeszcze taaaakie pyszne <3)

FashionButter: some details of these trends summer ;)

Lecz gdy przyjrzycie się blogom moich dzisiejszych gości, możecie zaobserwować coś jeszcze - na każdym z nich oprócz standardowych postów z recenzjami, pojawiają się jeszcze takie ekstra, nie zawsze powiązane z literaturą. Jak one znajdują na nie inspiracje?

Gosiarella pisze: Właściwie pomysły same przychodzą. Dobry temat na notkę można znaleźć dosłownie wszędzie. Czasami inspirują mnie rozmowy ze znajomymi, innym razem coś przychodzi mi do głowy, gdy jestem sama ze sobą, a kiedy indziej nowy pomysł zaczyna mnie męczyć, gdy coś czytam lub oglądam. Pomysły można znaleźć wszędzie, ale warto pamiętać, że to sposób ich przedstawienia jest najważniejszy. Nie lubię pustych tekstów bez wyrazu, dlatego publikuje posty na blogu, dopiero wtedy, gdy upewnię się, że jest w nim cząstka mnie i to coś, co może zainteresować czytelników. Podobnie jak SophieCzęsto właśnie z czytanych książek lub obejrzanych filów/seriali czerpię pomysły. Niektóre poruszają naprawdę ciekawe kwestie. Czasami jest to artykuł,który przeczytam w gazecie lub na jakieś stronie; informacja, która wpadnie mi w oko na Facebooku lub samo życie bywa inspirujące. Nie zastanawiam się głębiej skąd biorę tematy; zdarza się, że zaczynam o czymś myśleć i stwierdzam, że jest to warte opisania. Często też takie nierecenzyjne tematy wiążą się z akcją, którą prowadzę na blogu(Miesiąc z...). I Bezrobotna: Z życia, własnych zainteresowań, tego, co jest mi bliskie - tak ogólnie, ale również z innych blogów, jeżeli są to np. różnego rodzaju zabawy. Poza recenzjami książek i filmów, na mojej stronie pojawiają się m.in. zdjęcia. Uwielbiam fotografię, jeżeli tylko mam wolną chwilę staram się wyruszać z aparatem na kolejne łowy. Swego czasu sporo też podróżowałam i chętnie dzielę się tymi moimi "pocztówkami" z wypraw z innymi, a z tego co widzę mój cykl fotograficzny cieszy się sporym powodzeniem, co zachęca do dalszych publikacji takich nierecenzyjnych postów.

Ja mogę im tylko przyklasnąć, ponieważ wychodzi im to wyśmienicie!
Tylko ciekawi mnie - dlaczego się na to zdecydowały?

Bezrobotna odpowiada: Rozpoczynając pisanie bloga, myślałam, że będzie on o wszystkim, co siedzi w mojej głowie i nie musi to mieć nawet jakiegokolwiek związku z kulturą. Szybko jednak te plany zweryfikowałam, dochodząc do wniosku, że pisząc o wszystkim, będę po prostu pisać o niczym. Wiedziałam, że muszę skupić się na danym temacie, dorzucając ewentualnie czasami jakiś delikatny posmak czegoś innego. W ten właśnie sposób stanęło na książkach i filmach. Z czasem do tego zacnego grona doszły również sporadyczne posty fotograficzne, a także nieliczne recenzje gier. Powodem była chyba chęć urozmaicenia treści mojej strony, a także pragnienie podzielenia się z jej czytelnikami choć częścią moich zainteresowań i tego, co sprawia mi przyjemność. Nie samą książką człowiek żyje, więc i blog może przecież choć odrobinę odzwierciedlić to nasze nieksiążkowe oblicze :). A także GosiarellaMogłabym powiedzieć, że zmęczyło mnie pisanie o samych książkach, ale to nie prawda. Pisanie o książkach chyba  nigdy mi się nie znudzi, bo każda z nich ma w sobie inny świat. Porusza inne problemy, skłania mnie do przemyśleń nad zupełnie różnymi tematami. To piękne, że każda książka ma w sobie niepowtarzalnego. Po pewnym czasie stwierdziłam jednak, że same opinie o książkach to za mało, bo nie raz i nie dwa łączą się w ten czy inny sposób z filmami, serialami, muzyką i innymi elementami popkultury. Suma summarum stopniowo zaczęłam rozumieć, że teksty na Gosiarellowym blogu powinny być w pewnym stopniu odzwierciedleniem Gosiarellowych zainteresowań, a tych jest sporo! Tym sposobem czasem pojawiają się posty o tematyce religijnej, historycznej, czy kulturowej. Najgorsze jest to, że nie wiem, czy to mi wystarczy. Podejrzewam, że niebawem przestanę się ograniczać i zacznę pisać o wszystkim, na co mam ochotę, czego życzę wszystkim blogerom książkowym!

My lige as a nerd
I na sam koniec oddajmy jeszcze głos SophieTrochę z powodu tego, że szybko się nudzę, a trochę, ponieważ przyda mi się to przy aplikowaniu na studia,że pisze również na inne tematy. Jestem osobą ze słomianym zapałem, więc pisanie o samych książkach/filmach/serialach, czyli tzn. recenzji szybko by mnie znużyło, według mnie jest to monotonne i dość... suche, gdy blog choć trochę nie jest urozmaicony, choćby takim TOP10, czy jakąś relacją. Czytelnicy nie wiedzą wtedy za dużo o osobie,które prowadzi bloga, jak mają to zresztą zrobić? Uważam, że tworzenie takich wpisów jest również rozwijające. Pisze się trochę inaczej, często zauważalnie swobodniej, gdyż niestety nie wszyscy są szczerzy w tym, co piszą o książkach(co zresztą również czuć i widać). Ostatnia sprawa, że w wybranym przeze mnie kierunku studiów dobrze patrzy się na posiadanie bloga i pisanie na różnorodne tematy, choć o tym dowiedziałam się dopiero niedawno. ;)

Tym pozytywnym akcentem kończę - tym samym zachęcając i Was, byście wyszli poza utarte dotąd ramy i napisali coś całkowicie swojego, innego niż dotąd i otwierającego drzwi do ciekawych artykułów na temat codzienności otaczającej nas wokół. Pomysły są wszędzie - wystarczy je wykorzystać!

Ściskam!

Zaś dziś dziękuję:
Gosiarelli z bloga W krainie stron
Bezrobotnej z bloga Bezrobotna.pl
Sophie di Angelo z bloga Bucherwelt

sobota, 8 lutego 2014

224. Król uciekinier




Autor: Jennifer A. Nielsen
Tytuł oryginału: The Runaway King
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 5 lutego 2014
Liczba stron: 373


Piraci, ach ci piraci! Mało kto odkrył ich fenomen, ich potęgę, ich władzę! Ileż to już chłopców marzyło o takim pirackim rejsie, choćby na jeden dzień, ilu szukało ich w swojej okolicy! Lecz żaden z nich nigdy ich nie dogonił, nie zaprosił na rozmowę, nie ujarzmił porywczego charakteru. Piraci są groźni, brutalni, niepokonani, nie do schwytania, zawsze najlepsi. Rządzą na morzu, nadają mu rytm i swoje zasady - bo oni ich nie potrzebują. 

Jaron dopiero co objął tron, a już na jego drodze stają kolejne problemy. Zaczynają chodzić pogłoski, że planowany jest przez jego nieprzyjaciół zamach na życie króla, a kraj sąsiedni planuje wojnę - i to w towarzystwie piratów, dzięki czemu ma nad nimi ogromną przewagę. Młody książę jest w rozterce - brakuje mu planu na poukładanie tego całego zamieszania związanego z objęciem władzy. Jedynym wyjściem okazuje się kilkudniowa ucieczka pod przebraniem złodzieja, jakim kiedyś był i pokonanie wrogów ich własną bronią. Po wielu perypetiach, jego kroki zostaną skierowane na ziemię piracką - jak sobie tam poradzi i jaki będzie jego plan, by uratować ojczyznę? 

Fałszywy książę należy do czołówki najlepszych książek jakie miałam okazję przeczytać w swoim życiu - uwielbiam tę powieść całym sercem! Jedna z najlepiej napisanych jakie czytałam w życiu, z genialną akcją, mistrzowsko poprowadzoną fabułą i bohaterami, którzy skradli mi serce. Sama przeczytałam ją w kilka godzin z wypiekami na twarzy, a od tego czasu wciskam ją wszystkim - jeszcze nie zdarzyło się, żeby komuś nie przypadła do gustu. Jennifer A. Nielsen bezsprzecznie napisała coś wspaniałego - książkę dla każdego! Ale, ale - przecież to nie tylko jedna część, ale cała trylogia! Nawet nie wiecie jak ogromnie wyczekiwałam Króla uciekiniera - wprost nie mogłam doczekać się kiedy będzie mój, kiedy w końcu poznam dalszy ciąg, kiedy znów spotkam się z zaprzyjaźnionymi bohaterami. A gdy już dostałam go w swoje ręce, przeczytałam od razu. I wiecie co? Teraz nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem, póki nie wyjdzie trzeci tom. 

Obawiałam się tej kontynuacji - bałam, się że autorce coś zgrzytnie, nie wyjdzie tak dobrze jak za pierwszym razem, w końcu nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Zwykle drugie części rozczarowują, a jak tak bardzo nie chciałam rozczarowania po tak genialnym pierwszym tomie. Tymczasem okazało się, że Jennifer A. Nielsen stworzyła coś innego, może z pozoru nieco oklepanego (lecz na szczęście to tylko pozory), ale z pewnością równie dobrego, równie wciągającego, elektryzującego i porywającego. Nie zawiodła mnie, a gdy już zaczęłam czytać... to nie mogłam się oderwać! 

Zarówno pierwsza, jak i druga część Trylogii Władzy to książki, które spodobają się każdemu - i dorosłemu, i dziecku, i nastolatkowi, chłopcom, jak i dziewczynkom. Przygody jakie są tu opowiadane, przekazane zostają w tak prosty, a zarazem lekki i plastyczny sposób, że czyta się wspaniale, a akcja pędzi tak szybko, że nie sposób odłożyć jej w połowie. Czytamy i zapominamy o całym świecie, czytamy - i nie możemy przestać. 

Z drugim tomem Trylogii Władzy miałam wielkie nadzieję, a po jego skończeniu mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zaspokoił je w stu procentach. Nie wiem co dalej mam ze sobą zrobić, póki nie wyjdzie ostatnia część, ponieważ zakończenie mnie zgniotło i zostawiło w otchłani pustki bez odpowiedzi co będzie dalej. Czekam na następną część z ogromną niecierpliwością, a wszystkich, którzy jeszcze nie znają przygód Sage'a zachęcam - sięgnijcie zarówno po Fałszywego księcia, jak i po Króla uciekiniera! Takich książek ja szukam na polskim rynku, takie uwielbiam! 

środa, 5 lutego 2014

PREMIEROWO: 223. Miłość z jasnego nieba



Autor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo: Feeria
Data wydania: 5 lutego 2013
Liczba stron: 260


Czekasz na niemal pustym, zimnym lotnisku. Wiatr rozwiewa ci włosy, targa dopiero co przygotowaną fryzurę. Zimne, zmarznięte ręce próbujesz ogrzać w kieszeni płaszcza, a zlodowaciałymi nogami potupujesz cicho. Nie umiesz już myśleć o niczym innym jak o godzinie, która zaraz nadejdzie, a z zniecierpliwienia nie potrafisz już logicznie myśleć. Z utęsknieniem czekasz na tę chwilę, gdy samolot w końcu wyląduje, a w drzwiach pojawi się On - miłość twojego życia.

Angelika miała ciężkie dzieciństwo, przez które za szybko dorosła. Niemal wszystko co miała osiągnęła własną, ciężką pracą, często ponad siły dorastającej dziewczyny. Udało jej się jednak wyjść na prostą, dostać dobrą pracę w Monachium, ułożyć choć w małej, do pokazania ludziom, części swoje życie, lecz płacąc za to wysoką cenę stresu, samotności i braku zapewnienia o bezpieczeństwie kolejnych dni. Pewnego dnia przylatuje do Krakowa, aby załatwić podpis właściciela cenionej firmy informatycznej - Daniela - na umowie dla niego całkiem niekorzystnej. On zaś pragnie te warunki zmienić, co nie wchodzi w jej plany. Tylko jedno z nich może w tym pojedynku zwyciężyć. A jednak podczas zawierania umów coś zaczyna między tą dwójką iskrzyć. Jak potoczy się dalej? Kto otrzyma podpis przeciwnika i wróci zwycięski?

Uwielbiam to uczucie gdy zaczynam czytać książkę i ona wciąga mnie już od pierwszych stron, porywa do swojego świata i tak na chwilę pozwala zapomnieć o otaczającym świecie. I tak właśnie mam przy powieściach Krystyny Mirek wydawanych przez wydawnictwo Feeria - nie da się nie wejść w ich historię już od pierwszych stron. To już moja trzecia tak dobra powieść tej autorki i po raz trzeci żałuję, że skończyła się tak szybko!

Krystyna Mirek pisze w sposób niesamowicie lekki i przyswajalny dla każdego czytelnika. Przy jej książkach można naprawdę się odprężyć i popłynąć z nurtem wydarzeń, których bieg nadają bohaterowie. Nie znajdziemy tu przestojów w akcji czy też nużących fragmentów - wszystko w tak płynny sposób przechodzi z wydarzenia na wydarzenia, że odłożenie tej książki w środku rozdziału czasami wydawało mi się niemożliwe. To co również bardzo mi się spodobało to to, że choć może faktycznie czasami powiewa banałem, to jednak tkwi w tej historii duży pierwiastek oryginalności, a zakończenie wcale nie przedstawia się tak oczywiście. Autorka trzyma w napięciu i do ostatniej chwili nie wyjawia jak dalej potoczy się akcja.

Jeśli szukacie książki lekkiej, niesamowicie przyjemnej w odbiorze, niegłupiej, z ciekawą akcją, humorem i romantycznym wątkiem to Miłość z jasnego nieba, jak i wcześniejsze powieści tej autorki (Droga do marzeń i Pojedynek uczuć) sprawdzą się idealnie! Ja polecam z całego serca - wspaniale się przy niej bawiłam, na chwilę oderwałam od codzienności i mam nadzieję, że na kolejną książkę autorki nie będziemy musieli długo czekać!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria!

wtorek, 4 lutego 2014

222. Kolacja



Autor: Herman Koch
Tytuł oryginalny: Het dinner
Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 23 października 2013
Liczba stron: 280


Bogate wnętrze, kameralne, eleganckie stoliki, rozbrzmiewając cicho muzyka fortepianu i  kelner przechodzący z godnością trzymając w ręku menu obite skórą. Każde danie kosztuje mniej więcej sumę o wartości jednej pensji zwykłego robotnika o najniższej średniej krajowej, a po obiedzie tu zjedzonym rachunek z kwotą do zapłacenia potrafi zwalić z nóg. A jednak wolnych miejsc zawsze brakuje, ponieważ pojawić się tam to jak zaznać największego luksusu..

Dwaj bracia z żonami spotykają się w bardzo eleganckiej i ekskluzywnej restauracji na kolacji, z pozoru zwykłej i jedynie kurtuazyjnej. Maski jednak szybko zostaną ściągnięte i wytoczą się prawdziwe działa, a nikt nie będzie ukrywał swoich emocji. Muszą być omówione bardzo ważne sprawy dotyczące przyszłości, a także przeszłości ich synów, co dla rodziców nigdy nie jest tematem łatwym. Okaże się również, że ma to głębsze podłoże, dłuższą i bardziej skomplikowaną historię, a poza tym... może znacząco wpłynąć na relacje małżeńskie i rodzinne. Rozpocznie się gra na pozory i frazesy, by ugrać jak najwięcej i wyjść z twarzą. Jak zakończy się ten wieczór? Czy bohaterowie dojdą do porozumienia? 

Kolacja była jedną z tych książek, którą zobaczyłam i byłam pewna, że ogromnie chcę ją przeczytać. Ta okładka, ten opis, ten tytuł! Tak czasami już jest - nie muszę czytać żadnych recenzji, by wiedzieć, że ona podbije moje serce, zawładnie mną i umili popołudnie, a nawet noc. I wiecie, co? Nie pomyliłam się. Ah, co to była za wyborna lektura!

To co ciśnie mi się od razu na usta to to, że napisana została niesamowicie dobrze, sprytnie, inaczej niż inne i w sposób bardzo, wręcz niewyobrażalnie inteligentny. Zabiegi literackie autora to prawdziwy kunszt słowny, uczta dla umysłu i wyobraźni - on swoim słowem porywa czytelnika w odmęty umysłów bohatera, pozwala mu kroczyć razem z nimi wśród jego myśli, wspomnień, wydarzeń z teraźniejszości, ale też z przeszłości. Kolację się po prostu pochłania - strona po stronie nie można się od niej oderwać, wchodząc w te wydarzenia i ogromnie pragnąc by ona nigdy się nie kończyła, by genialna, nietuzinkowa intryga wymyślona w sposób tak bardzo błyskotliwy i oryginalny nigdy nie miała końca. 

Wydawnictwo podpina Kolację pod thriller psychologiczny i w pewnym sensie ma rację, jednak ja chciałabym zaznaczyć, że to nie taki thriller jaki sobie wyobrażacie, jaki możecie mieć przed oczami gdy usłyszycie to słowo. Nie znajdziemy tam strasznych spraw z przeszłości ani noża na gardle - Herman Koch podaje nam książkę z pozoru błahą sprawą, ale w której z każdą kolejną stroną odkrywamy nowe jej oblicza, nowe argumenty za i przeciw, inne spojrzenie na sprawę. Miesza nam w głowach i bawi się naszą psychiką, wciąż wyprowadzając ją w pole, lecz w sposób tak znakomity, że wybaczam mu to z czystym sumieniem. Jak mówiłam - czyta się to doskonale, wręcz fenomenalnie dobrze i polecam każdemu. Spodoba się nawet najbardziej wymagającym czytelnikom, a tych mniej porwie bez reszty. Sięgajcie po Kolację - warto i to jak!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Media Rodzina!

sobota, 1 lutego 2014

Podsumowanie stycznia 2014

Jak to? Już mamy luty? Styczniu, gdzie się schowałeś? Przecież dopiero się zaczynałeś! Powitaliśmy cię z hukiem fajerwerków, obrzuciliśmy serpentynami, przetańczyliśmy do białego rana... A ciebie już nie ma..? 

Styczeń był takim dziwnym miesiącem. Z jednej strony bardzo męczącym - szkoła daje się we znaki, wykańcza psychicznie, okropne zimno, mróz, brak śniegu i na dodatek złe humory sprawiają, że nie mam już siły na nic, a jedyne czego pragnę to ferie. Z drugiej zaś strony - jakoś atmosfera sprzyjała czytaniu, sprzyjała pieczeniu pysznych drożdżówek, które pochłaniałam razem z litrami herbaty przy dobrych książkach. A muszę przyznać, że książki w tym miesiącu były wybitnie dobre! I nie wiem kiedy, ani nie wiem jakim cudem, ale przeczytałam ich aż 12! Choć to był miesiąc dość słaby, zabiegany i zmarznięty to i tak jestem z siebie niesamowicie zadowolona i życzę sobie podobną liczbę na luty :3

W styczniu przeczytałam:
  1. Philippe Grimbert Tajemnica
  2. Szymon Hołownia, Marcin Prokop Wszystko w porządku. Układamy sobie życie
  3. John Green Szukając Alaski
  4. Charles Martin Otuleni deszczem
  5. Małgorzata Musierowicz Nutria i Nerwus
  6. Gabriela Gargaś Namaluj mi słońce
  7. Alice Munro Przyjaciółka z młodości
  8. Agatha Christie I nie było już nikogo
  9. Cecilia Samartin Mofongo
  10. Antonine de Saint-Exupery Mały Książę
  11. Małgorzata Musierowicz Imieniny
  12. Alessandro D'Avenia Biała jak mleko, czerwona jak krew
Zima to taki okres, który sprzyja powrotom do kiedyś już przeczytanych książek, by zachwycić się nimi na nowo - stąd tutaj Mały Książę i dwie części Jeżycjady - to jedne z tych powieści, którą koją duszę i pomagają przetrwać zimno za oknem. Jeśli czujecie taką zimową pustkę to bardzo Wam to polecam - pomaga! <3

A co oprócz tego mogliście przeczytać u mnie w styczniu?
  • Przede wszystkim podsumowałam 2013 rok i stwierdziłam, że wypadł bardzo zacnie! (przez co nie podsumowałam grudnia, ale ciii!)
  • Znalazłam 10 idealnych memów o książkach - wciąż je uwielbiam! Czy one nie mówią więcej niż tysiąc słów? 
  • A potem w rudym szaleństwie pokazałam Wam 10 (i pół) najwspanialszych rudych postaci, oczywiście z literatury!
  • Było również o najgorszych błędach językowych - być może że dopiszę jeszcze dalszy ciąg, bo to przedstawiłam okazało się zaledwie kroplą w morzu.
  • Nowością okazały się styczniowe perełki linkowe - cieszę się strasznie, że tak bardzo przypadły Wam do gustu! (i od razu zachęcam by w lutym robić to ze mną - szukajcie ciekawych linków, magazynujcie i przedstawcie pod koniec miesiąca - to takie inspirujące!)
  • I styczeń zamknął stosik, którego zabraknąć nie mogło :3
Miał być jeszcze cykl Rozmawiajmy, już wszystko mam od dawna przygotowane.. ale nie zdążyłam. Przepraszam! Postaram się w lutym aby była nie tylko jedna odsłona, ale i kolejna, tym bardziej, że pomysłów mam tak wiele.. czasu mi tylko brakuje żeby to wszystko zgrać i dopracować.

Podsumowując...

Ilość książek przeczytanych: 12
  • recenzeckie - 6
  • własne - 3
  • z biblioteki/pożyczone - 3
Ilość książek zrecenzowanych: 10

Najlepsza pozycja: Otuleni deszczem! (książka tak dobra, że nie potrafię jej zrecenzować.. serio.) A zaraz za nią plasuje się jeszcze Mofongo i Szukając Alaski - niemal tak samo dobre :3

Najgorsza pozycja: Namaluj mi słońce

Polski autor miesiąca: Małgorzata Musierowicz (dobrze było znów powrócić do Borejków! <3)

A w lutym...
...jeszcze dwa tygodnie i feeeerie - odliczam dni!
...czekam na śnieg
...możliwe że znajdę więcej czasu na czytanie - cieszy mnie to!
...muszę w końcu zrecenzować wszystkie zaległości i przeczytać książki, które zaczęłam i chwilowo odłożyłam - m.in. Polskę Jagiellonów i Władcę Pierścieni. Ale to nie wszystko, także no... :D

Ściskam! Jak tam Wasz styczeń?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...