piątek, 31 stycznia 2014

Styczniowy stosik

Nadszedł czas na oczekiwany post czyli stos!
To takie nieprofesjonalne. I w ogóle nie przystoi. Ale da się tego nie lubić? :D

Styczeń w książki nie był obfity - i dobrze. Mam trochę zaległości, na półkach piętrzą się pozycje, które kupiłam, dostałam bądź wygrałam i nie mam czasu się za nie zabrać, więc w tym roku będę powoli, w każdym miesiącu je czytać. W styczniu miały być przeczytane dwie, a przeczytałam tylko jedną... ale to i tak dobrze! (ale o tym jutro - w podsumowaniu)


Na samej górze dwie pozycje z Feerii - Namaluj mi słońce (już przeczytane i zrecenzowane) oraz Miłość z jasnego nieba, która przyszła dzisiaj - mam wobec niej duże oczekiwania, ponieważ Krystynę Mirek lubię i to bardzo, więc mam nadzieję, że nie zawiedzie. Następne są Chiny od góry do dołu, w ramach podróżniczych podróży gdy za oknem mróz. I dwie perełki bardzo oczekiwane - To ja, Malala (Malala jedna z dziewcząt, które podziwiam całą sobą, tak cieszę się, że będę mogła poznać ją bliżej!) oraz Wszystko co minęło - tu znów ulubiona autorka. A obie recenzowane będą dla A-G-W.info. Kolacja będzie moim pierwszym spotkaniem z serią Gorzka Czekolada i zabieram się za nią już jutro - zapowiada się wybornie! Dalej wypożyczone z biblioteki mam trzy części Jeżycjady - Nutria i Nerwus, Imieniny oraz Tygrys i Róża. Musiałam. Gdzieś po domu pałęta się jeszcze Dziecko piątku - niewykluczone, że do niej również nie wrócę! Urzekająca oraz Wybrani pożyczyłam od Julki i lektury nie mogę się doczekać, zaś Polska Jagiellonów i Polska Piastów są z serii - historia pozdrawia. Na razie zaczęłam - i nie jest źle. 

Powiem szczerze, że zapowiada się wspaniale <3 A Wam, jak się podobają? 

Poza tym chciałabym żebyście zerknęli na zapowiedź wydawnictwa Znak - jak dla mnie jedna z najbardziej intrygujących zapowiedzi jakie czytałam!

Najważniejszy dla amerykańskiego wywiadu Polak od czasów Kuklińskiego. 

„Tajny raport Millingtona” nie mógłby powstać pod prawdziwym nazwiskiem. Martin ZeLenay jest pseudonimem, pod którym ukrywa się konsultant CIA, historyk sztuki, od lat ściśle współpracujący z wywiadem. 

Tajny raport Millingtona

Millington przewidział wszystko. W pierwszym raporcie sprzed 11 września pokazał luki 
w systemie obronnym USA. Wtedy też, zgodnie z jego sugestią, powołano tajną jednostkę operacyjną. Teraz nadszedł czas na kolejny raport. Zagrożenie jest jeszcze większe – tym razem wywiad zna swojego wroga. 

Frank Shepard jest oficerem tajnej jednostki, podczas rutynowej akcji we Francji wpada na trop międzynarodowej szajki terrorystów. Trop prowadzi do Serova, byłego agenta wywiadu, i planów ataku… Koszmar Millingtona właśnie zaczyna się spełniać.

Frank woli niekonwencjonalne działania, tym bardziej że stoi za nim tajny zespół operacyjny składający się z samych ekscentryków i pewien historyk sztuki, który rzuci nowe światło na całą sprawę. Między Nowym Jorkiem, Francją i Afganistanem toczy się niebezpieczna gra – cel jest jeden: dopaść Serova, zanim on dopadnie nas.

„Tajny raport Millingtona” jest pierwszym thrillerem w trylogii poświęconej kulisom współczesnej walki z terroryzmem. 

awwww <3

czwartek, 30 stycznia 2014

221. Wszystko w porządku. Układamy sobie życie



Autorzy: Szymon Hołownia, Marcin Prokop
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 21 października 2013
Liczba stron: 512


Porządek mimo wszystko jest ważny i to bardzo – zarówno w naszym otoczeniu jak i w życiu. W bałaganie się gubimy, tracimy czas na niepotrzebne i zbędne czynności, zapominamy  o najważniejszych sprawach. Czasami niewiele trzeba, by zaprowadzić choć względny ład – a najczęściej chodzi właśnie o to, by wyrzucić to co niepotrzebne, rozstać się z tym, co zalega, a dawno już o tym zapomnieliśmy i poukładać to co zostanie. W teorii wydaje się być tak proste – a jak w praktyce?

Andy Warhol, amerykański artysta pop-artu, koło swojego biurka zawsze posiadał pudełko. Gdy coś go zainteresowało czy też zaciekawiło, od razu to do niego wrzucał, a pod koniec każdego miesiąca pudełko pieczętował i odstawiał na półkę. Po jego śmierci takich pudełek zostało ponad sześćset, a w nich same skarby – inspiracje, które mogłyby posłużyć na długie lata. Szymon Hołownia i Marcin Prokop zrobili podobnie – przez wiele miesięcy zbierali ciekawe tematy, które kiedyś mogłyby im się przydać. Oni jednak postanowili coś z nimi zrobić  - i tak powstała ta książka. To całe mnóstwo przeróżnych rankingów, które o samych autorach mówią wiele, opowiadają o przeróżnych ciekawostkach z życia, pokazują kawałek ich świata. Jesteście ciekawi?

Myślę, że tę już bardzo rozpoznawalną parę, jaką jest Szymon Hołownia i Marin Prokop, kojarzą chyba wszyscy Polacy, a znaczna większość darzy wielką sympatią. Nic dziwnego – znani są z dobrego humoru, ciekawych anegdotek, profesjonalizmu, a ponieważ oboje się przyjaźnią, nie czuć między nimi sztuczności. Nic dziwnego, że ich poprzednia książka razem napisana odniosła ogromny sukces i skradła również moje serce – mowa tu o wywiadzie-rzeka pod tytułem Bóg, kasa i rock’n’roll, w którym rozmawiają o sprawach ważnych i ważniejszych. Tym razem zapowiadało się równie ciekawie i równie dobrze, a jednak.. coś nie wyszło do końca.

Obaj autorzy mają swój specyficzny świat, który właściwie można powiedzieć, że ze sobą kontrastuje – Hołownia skupia się na swojej wierze, głębokim jej przeżywaniu, odkrywaniu nowych miejsc, podróżowaniu, a Prokop przede wszystkim na światopoglądzie, muzyce i samochodach. I to co oni napisali, każdy ranking, jest naprawdę ciekawy… jeśli kogoś to interesuje i naprawdę ciekawi. Mnie osobiście kolejne muzyczne gwiazdy, artyści za którymś razie z kolei zaczęły już nużyć, nie mówiąc już o autach i ich rodzajach. Podobnie z reprodukcjami obrazów czy długimi historiami jakiś osobistości – nie każdy się w tym odnajduje, choć z pewnością niektórych to porwie. Mogę powiedzieć, że to co zostało wydane w formie książki o wiele lepiej wyglądałoby na blogu czy stronie internetowej, bo tak naprawdę to taką ma to formę – bardzo luźną.

Muszę jednak przyznać, ze całość została podzielona bardzo ciekawie – mianowicie na pomieszczenia w domu. Przedpokój, gdzie znajdziemy technologiczne paradoksy, czy wynalazki na które czekamy z niecierpliwością, salon z tematami do rozmowy, osobistościami do spotkania czy też momentami kiedy artyści stają się groźniejsi niż bomby, bibliotekę, kuchnię, pokój zwierzeń i jeszcze parę innych – wszystko do odkrycia w książce. Zostało to podzielone bardzo zgrabnie, ciekawie i tak, że otwieram na przypadkowej stronie i mogę bez problemów zagłębić się w lekturze, a gdy coś mnie nie zainteresuje to to po prostu ominąć. Dla tych którzy szukają dobrej rozrywki – idealne.

Komu polecam? Na pewno fanom duetu Hołownia i Prokop, którzy lubią czytać o tym co pasjonuje tych panów. Ci, którzy chcą zaczynać przygodę z ich  prozą zapraszam serdecznie do ich poprzedniej książki – jak dla mnie o wiele lepszej. Ta jest jak dla mnie nieco gorsza i po prostu bez szału – czekałam na nią, ale myślę, że przeżyłabym gdybym jej nie przeczytała, ponieważ nie dowiedziałam się z niej nic co zmieniłoby mnie jakoś wewnętrznie. Mimo wszystko dla rozrywki, relaksu i bez większych oczekiwań – polecam. 

Recenzja dla portalu literatura.juventum.pl!

środa, 29 stycznia 2014

Styczniowe linki miesiąca, których nie możesz przegapić!

Let's find our adventure | via Tumblr

Witajcie,

jeżeli zdarzyło Wam się kiedyś czytać lub chociaż przeglądać blogi lifestylowe, rozwojowe lub inne o luźniejszej tematyce, mogliście się natknąć na posty z perełkami tygodnia bądź miesiąca - czyli subiektywną listą najlepszych linków na które dana autorka się natknąć miała okazję. Wielka szkoda, ze w naszej książkowej blogosferze takiego zwyczaju nie ma, ponieważ co miesiąc wychodzi całe mnóstwo genialnych, wartych uwagi tekstów, na które nie każdy się natyka, a warto się nimi dzielić. Ja postanowiłam to zmienić i dlatego przez cały miesiąc te linki zbierałam, a teraz chciałabym je Wam zaprezentować. 

1) Jeszcze trochę grudniowo i noworocznie - lista kulturalnych postanowień. Jak dla mnie świetna i chciałabym wypełnić w tym roku choć garstkę z nich - Was również do tego zachęcam!

2) Wciąż u tej samej autorki i wciąż w tym samym okresie, ale tym razem świetne, krótkie i bardzo treściwe podsumowanie całej książkowej blogosfery w 2013 roku - warto zerknąć!

3) Bardzo ciekawy i do poczytania i zastanowienia się artykuł Padmy o tym czy lepiej czytać więcej czy mniej, co i dlaczego. Sama czytałam go w drodze ze szkoły z zainteresowaniem ogromnym i naprawdę daje wiele do myślenia. 

4) Sherlock Holes jako serial BBC to również moje odkrycie ostatnich tygodni, w którym się zakochałam całkowicie, a tak się złożyło, ze w tym samym czasie Sophie miała z nim swój Miesiąc

5) Kolejny post z cyklu KKD, a tym razem Futbolowa zastanawia się czy w naszej blogosferze coś się zmieni. Tak szczerze mówiąc to sama jestem ciekawa!

6) Tym razem jest to recenzja, ale recenzja tak świetna, nastrojowa i przepełniona emocjami, że już dawno nie czytałam tak dobrej!

7) Piękny post, prawie-recenzja o Biblii - taki julkowy, taki prawdziwy, taki szczery!

8)  Blog, który dopiero raczkuje, ale muszę przyznać, że jest naprawdę obiecujący - odkryłam go przez przypadek i zostanę na długo! 

9) Ten post nie jest z ksiażkowej blogosfery, ale jak dla mnie obowiązkowy do przeczytania dla każdego blogera - jak dla kompendium tego, czego robić nie wypada.

10) O tym jak Magda odgruzowała swoją przestrzeń życiową - ja powoli staram się to wtaczać w życie, myślę, że Was też może to zainteresować!

11) Recenzja na Literaturze, ale dobra. Bardzo dobra. 

12) Nie wiem czy już to wiecie, ale wydawnictwo Literackie wznawia powieści Doroty Terakowskiej! W Stuleciu literatury jest to przedstawione bardzo ładnie, więc po resztę informacji zajrzyjcie właśnie do tam :3

13) Niedawno w dodatku do Gazety Wyborczej ukazał się artykuł ironicznie przedstawiający recenzowanie książek. Kto go jeszcze nie czytał może zajrzeć tu.

14) Uwielbiam satyrę w takim wydaniu jak tutaj

15) Nie wiem czy znacie Blogarytm (a jak nie to poznać biegnijcie), ale ich strona o kulturze i sztuce jest warta poznania szczególnie. 

i szesnastego punktu miało nie być, ale Oisaj opublikował dzisiaj swoją listę najważniejszych blogów książkowych w Polsce - jeśli jeszcze nie znacie to zajrzyjcie! (poza tym - czy tylko mnie śmieszą tam niektóre "obrażone" komentarze? xd)

I co, znaliście te linki? A może Wy mi jakieś polecicie?
Jeżeli ktoś ma ochotę zrobić podobny ranking, listę czy jak to jeszcze inaczej nazwać, to niech się nie krępuje - zapraszam serdecznie! Można nawet do takowego wkleić mi linka w komentarzu, poczytam z przyjemnością :3

No, to teraz mogę zacząć zbierać linki lutowe - i widzimy się w podobnym rankingu za miesiąc!

niedziela, 26 stycznia 2014

Moje niedzielne gadanie: o najgorszych błędach językowych

hejhej!

Czy tylko ja jeszcze muszę czekać na ferie aż trzy tygodnie, bo moje województwo ma je dopiero w ostatnim terminie? Mam nadzieję, że nie (bo z niecierpliwości i wszechobecnego zimna umieram wewnętrznie) i wszystkich tak samo jak ja oczekujących niecierpliwie pozdrawiam szczególnie ciepło! A dzisiaj przychodzę do Was z czymś, mam nadzieję, pożytecznym, ponieważ rzecz się będzie miała o błędach językowych. Choć wierzę, że moi Czytelnicy tych okropnych błędów nie popełniają (lub popełniają w stopniu najmniejszym i rzadkim) to małe przypomnienie i tak nikomu nie zaszkodzi, prawda?

Nie jestem perfekcyjna i mi również błędy się zdarzają, ale sama nie potrafię ich słuchać. Kiedy taki błąd usłyszę staram się tę osobę poprawić, lecz wiadomo - to też jest uprzykrzające, gdy ktoś jest wciąż poprawiany, a z drugiej strony - nie zawsze wypada. Chyba najgorzej jest kiedy tak strasznie rażące błędy popełniają nauczyciele i to jeszcze nie raz, a ciągle, co mnie z równowagi wyprowadza strasznie. I nie wiem jak im to powiedzieć, że.. ciężko się to słucha. Bo niektóre błędy... aż wewnętrznie bolą.

Zacznę może od najgorszego, namiętnie popełnianego, a tak okropnego. Są to dwa słowa, a mylące się Polakom jak chyba żadne inne - mianowicie włączać i wziąć. Tak, właśnie w takiej formie to mówimy i żadne "skróty" są niepoprawne i językowo obrzydliwe - jak na przykład włanczać czy też wziąść. Jak to zapamiętać? Cóż, sposób jest. Mamy włącznik, a nie włancznik, więc włączamy. Nie mówimy braść, lecz brać - tak samo wziąć, nie wziąść.  Proste? Proste!

Drugi błąd to właściwie nie błąd, bo w mowie potocznej się to przyjmuje, ale przyznajcie sami - jak w ogóle to brzmi? Chodzi mi o czasownik pisać - ja piszę, lecz tu jest napisane! Dlaczego? Ponieważ jest to strona czynna i bierna - logicznie myśląc, to co zostało już gdzieś napisane, nie może pisać, ponieważ to już zostało zrobione, w sensie napisane. Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi, choć wytłumaczyłam to w sposób zagmatwany (czasem mi się zdarza), ale inaczej nie potrafię. Zresztą, najlepiej będzie, jeśli zapamiętacie, że pisać może jedynie osoba w formie czynnej, a w biernej zawsze będzie napisane!

Kolejny błąd to zła odmiana zaimków i końcówek wyrazów. Tutaj, wiadomo, bywają przejęzyczenia, więc jeśli ktoś myli się w pojedynczych wypadkach, jest to zrozumiałe. Lecz nie jestem w stanie słuchać, kiedy ktoś wciąż pisze lub mówi tą książkę, tą dziewczynę, tą kość etc. Zaimek ta w bierniku zawsze odmieniamy jako , a jedynie w narzędniku jako ! Tak samo nie potrafię zrozumieć używania rozumię zamiast rozumiem. Przecież to nawet beznadziejnie brzmi!

Podobnych błędów jest jeszcze wiele, lecz muszę wspomnieć o jeszcze jednym, który ostatnio w okresie noworocznym był popełniany nagminnie, a co najgorsze - również przez osoby publiczne. Chodzi o odmianę daty - dzień i miesiąc zawsze muszą być w dopełniaczu, a przy roku odmieniamy jedynie drugi człon. Tak więc mamy dwudziestego szóstego stycznia dwa tysiące czternastego roku, a nie dwudziesty szósty styczeń dwutysięcznego czternastego roku. To jest naprawdę ważne, ponieważ pokazuje w jakim stopniu dbamy o nasz rodzimy język, oraz w pewnym sensie - co potrafimy sobą zaprezentować mówiąc nim. 

Wiem, wiem - czepiam się. I marudzę. 
Ale też proszę - dbajmy o piękno naszego języka, dbajmy o to, że ucząc się kilku innych nie zapominać o tym rodzimym. 
A jeśli ja Was nie przekonuję.. to posłuchajcie jej.

Miłej niedzieli!

piątek, 24 stycznia 2014

220. Mofongo



Autor: Cecilia Samartin
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data wydania: 26 kwietnia 2013
Liczba stron: 383


Smaki i zapachy dzieciństwa, zarówno te uwielbiane jak i te znienawidzone, zostają z nami - czy tego chcemy czy nie - do końca życia. Najczęściej jednak przypominamy je sobie z rozrzewnieniem i uśmiechem na twarzy - jak genialnie rozpieszczały nasze podniebienie, karmiły nasze głodne brzuszki, a jednocześnie były tak niesamowicie proste, niewymagające dużego nakładu pracy i przede wszystkim - tak zdrowe! Dla wielu z nas cudownie rozchodzące się ciepło w żołądku po zjedzeniu posiłku swojego życia jest najlepszym wspomnieniem najpiękniejszych chwil - czyż nie?

Sebastian byłby zwyczajnym dzieckiem, gdyby nie to, że ma bardzo złośliwą wadę serca, przez którą właściwie niemal w ogóle nie może się męczyć, gdyż jego organizm to tykająca bomba - w każdej chwili może umrzeć. Chłopiec jednak z całego serca marzy o grze w piłce - niestety, na razie może jej się tylko przyglądać, kiedy kopią ją z radością jego szkolni koledzy. Gdy pewnego dnia wracając ze szkoły wstępuje na chwilę do babci, zastaje przerażający widok - kobieta jest nieprzytomna z powodu wylewu krwi do mózgu. Dzięki jego szybkiej reakcji udaje się przewieźć ją do szpitala, gdzie ratują jej życie, lecz gdy z niego wychodzi już nie jest tą samą osobą. Najpierw farbuje włosy na soczyście truskawkowy kolor, a później postanawia wrócić do starych marzeń, pragnień i przede wszystkim - smaków, wyczarowując w swojej kuchni dania z rodzinnego Portoryko. Pomagać jej będzie oczywiście Sebastian - a jak to wpłynie na jego życie? Czy magia kuchni i domowych smaków może rozwiązać najtrudniejsze problemy?

Mofongo to jedna z tych książek, która z pozoru wygląda dość banalnie - okładka jest bardzo subtelna, lecz przez to traci nieco na przyciągnięciu wzroku czytelnika, a opis raczej zwyczajny. Powiedzmy sobie szczerze - nie zwiastuje niczego genialnego, świeżego ani innego od setek podobnych lektur. Tymczasem warto otworzyć choć pierwszą stronę - autorka porywa nas od razu w swój cudowny świat i nie chce wypuścić - okazuje się, że książka jest po prostu genialna!

Mogę rzec z ręką na sercu - Cecilia Samartin ma niezwykły dar kreowania historii, która sprawia, że czytelnik nią żyje, w niej oddycha i zapomina o całym otoczeniu. Kiedy następował opis dań przygotowywanych przez bohaterów ja się w środku rozpływałam, a brzuch domagał się, żebym do nich jak najprędzej wskoczyła - tak bardzo wszystko jest w niej żywe i wspaniale realistyczne. Autorka prowadzi nas w świat dziecięcy, świat dziecka zagubionego w dorosłych problemach  pragnącego żywej, szczerej, bezinteresownej miłości, przyjaźni, akceptacji. Czyta się to naprawdę cudownie i ogromnie szybko - a wszystko dzięki niezwykle lekkiemu i przystępnemu językowi, który naprawdę wciąga!

Każdy z bohaterów występujących w Mofongo to postać do której nie da się nie czuć choćby odrobiny sympatii. Wiadomo - jednym lubimy bardziej, innych mniej, lecz nie ma się wrażenia, że ktoś tu nie pasuje, jest wciśnięty na siłę i zachowuje się tak sztucznie, że aż nieprawdopodobnie - jest wręcz odwrotnie! Najbardziej przywiązałam się zdecydowanie do głównego bohatera - Sebastian naprawdę skradł moje serce - oraz do jego babci Loli - kobiety równie niesamowitej, co kochanej i niezastąpionej, a przy tym wykreowanej w sposób po prostu cudowny. Z całą pewnością można powiedzieć, że jest to lektura z morałem i na pewno nie jest ogłupiająca - zobaczcie jak pięknie pokazana jest w niej relacja babci ze swoim wnukiem! Choćby dla tego warto po nią sięgnąć!

Mofongo to książka, która zdecydowanie skradła mi serce i dawno już żadnej książki nie przeżywałam tak bardzo jak tej. Na pewno będę ją podsuwać wszystkim - i małym i dużym - ponieważ jest naprawdę genialna, nietuzinkowa, piękna i niesamowita! A dla tego epickiego zakończenia, które zamyka całą historię warto było wylać morze łez - ono idealnie ją podsumowuje! Polecam, polecam i jeszcze raz polecam - naprawdę warto to znać!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Bukowy Las!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

219. I nie było już nikogo

I nie było już nikogo - Agatha Christie


Autor: Agatha Christie
Tytuł oryginalny: And Then There Were None
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania: 8 listopada 2012
Liczba stron: 216


Można by rzec, że każdy z nas otrzymał niesamowity prezent. Prezent jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, wyjątkowy i doskonały sam w sobie, choć czasem nam wydaje się inaczej. Ten niezwykły dar to życie - co byśmy bez niego zrobili? Każdy kto choć raz balansował na jego krawędzi, kto przeżył stratę życia osoby naprawdę bliskiej, kto wie, że przeżywa swoje ostatnie dni zdaje sobie sprawę, że nie ma nic cenniejszego i wartościowego. Więc dlaczego jakiś człowiek ma czelność nam je brutalnie odbierać, wyrywać i jeszcze czerpać z tego satysfakcję? 

Dziesięć całkiem różnych osób zostaje zaproszonych przez tajemniczą osobistość na Wyspę Żołnierzyków - niemal na całkowitym odludziu, otoczoną morzem, ale za to z pięknym apartamentem, w którym można odpoczywać do woli. Każda z tych osób w jakiś sposób przyczyniła się do zabójstwa niewinnych ludzi, choć prawnie są całkowicie czyści. Ktoś jednak chce się na nich odegrać i dlatego gdy znajdują się razem w jednym domu wymierza swoją własną sprawiedliwość. Zgodnie z popularnym wierszykiem o dziesięciu żołnierzykach każdego dnia kogoś zabija, całkowicie zgodnie z wizją poety. Problem jednak w tym, że na wyspie oprócz nich nikogo nie ma, więc zabójcą musi być jeden z zaproszonych gości. A że nikt nie posiada wiarygodnego alibi, każdy zaczyna bać się o swój los, ponieważ nie wiadomo kto jest osobą wykańczającą ich po kolei. Kim się ona okaże i jakie obierze metody?

I nie było już nikogo skończyłam zaledwie kilkanaście minut temu. A od kiedy przewróciłam ostatnią stronę, w głowie pląta mi się tyle myśli naraz, mózg eksploduje od otrzymanych informacji, a ja nie wiem co mam dalej zrobić ze swoim życiem. Ta książka mnie na chwilę zniszczyła, pokonała, wgniotła całkowicie w fotel. Ja nawet nie wiem co mam napisać, żeby Was przekonać, że musicie, naprawdę musicie, to przeczytać. To trzeba poznać!

Generalnie za kryminałami nie przepadam, czytam je rzadko, nieregularnie i nie palę się do kolejnych, jednak dla Agathy Christie robię wyjątek. Poznałam ją zaledwie rok temu, za mną maleńki procent przeczytanych książek jej autorstwa, jednakże każda lektura tego co wyszło spod jej pióra to kryminalna uczta literacka, na najwyższym poziomie. Sięgając po jej powieści już przy pierwszych stronach czuję dreszczyk emocji, powoli wchodzę w idealnie zaprogramowany i wymyślony świat wykreowanych przez nią zbrodni doskonałych, a potem perfekcyjnego śledztwa. Każde zakończenie czytam z wypiekami na twarzy, w głowie mam kompletny mętlik, bo już sama nie wiem kto jest dobry, a kto zły i wtedy poznaję zakończenie zwalające mnie z nóg, odwracające wszystko do góry nogami. I tutaj, w podobno jednej z najlepszych jej książek, nie mogło być inaczej. Było genialnie!

Muszę przyznać, że jest to jednak książka, którą dobrze czytać w taki zimowo-mroźny okres, kiedy siedzimy zawinięci w koc z kubkiem kakao w domu, nic nas nie rozprasza, a nastrój idealnie sprzyja pogrążaniu się i pochyleniu nad zagadką z pozoru nierozwiązalną. Na początku kiedy autorka bombarduje nas ogromną ilością angielskich, długich i dość skomplikowanych nazwisk można się pogubić, ale z każdą stroną bohaterowie nabierają charakteru, ujawniają się ich cechy, ich myśli, spojrzenie na świat. Powoli zaczynamy typować - kto tym razem okaże się mordercą? Domyślić się jak zwykle jest naprawdę ciężko, a zbrodnia jest zaplanowana naprawdę mistrzowsko. Tak jak mogłaby to zrobić tylko prawdziwa Królowa Kryminału!

I nie było już nikogo to lektura niedługa, lecz niesamowicie satysfakcjonująca. Czyta się ogromnie szybko, a kiedy wejdzie się już w akcję, nie można się oderwać. Polecam każdemu - to po prostu trzeba znać! Zwłaszcza kiedy się mówi, że jest się namiętnym czytelnikiem kryminałów - myślę, że to już prawdziwa klasyka. Czytajcie, czytajcie i jeszcze raz czytajcie - warto i to jak! Najlepiej chyba jej wspaniałość odda fakt, iż jest to książka dla której warto zarwać noc i warto dotrwać do końca - muszę coś jeszcze dodawać?

Za książkę dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

sobota, 18 stycznia 2014

218. Pollyanna dorasta



Autor: Eleanor H. Porter
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 9 listopada 2013
Liczba stron: 326


Uśmiech na twarzy to coś tak pięknego, niezwykłego, a tak często niedocenianego i zapomnianego. Gubimy się w swoim smutku, lubimy narzekać, marudzić, rzucać oszczerstwami i wciąż powtarzać w jakich beznadziejnych czasach żyjemy. Gdzie podziała się nasza radość z każdego dnia, zadowolenie z nawet najmniejszych rzeczy, ale sprawiających, że dzień jest choć odrobinę lepszy? Czy nie lepiej by się nam żyło gdybyśmy zaczęli ich szukać?

Pollyanna po tragicznym wypadku powoli staje na nogi, lecz wcześniej musi spędzić trochę czasu w sanatorium.Tam oczywiście zaraża wszystkich swoją radością z życia, pogodą ducha i uczy każdego kogo spotka "gry w zadowolenie". Dzięki temu w tym smutnym miejscu jaśnieje słońce, a ludzie przez jej obecność nieprawdopodobnie zmieniają swoje myślenie. Zachwycona jest tym zwłaszcza jedna pielęgniarka - Della Wetherby - która wpada na pomysł, aby zaaplikować dawkę Pollyanny również swojej siostrze Ruth, kobiecie chorej z tęsknoty za zaginionym siostrzeńcem. A że wszystko idealnie się składa, ponieważ ciocia Polly wyjeżdża za granicę z mężem i nie ma z kim zostawić dziewczynki, Pollyanna trafia do Bostonu. Co ją tam spotka?

Pollyanna to jedna z tych niezapomnianych lektur mojego dzieciństwa i dorastania, do których mam sentyment ogromny. Książka, która przywra wiarę w ludzi, ogromny uśmiech, która wpływa na czytelnika, każe mu się cieszyć z tego co ma, uczy na nowo szukać piękna w świecie. I pierwsza część tego cyklu była właśnie taka, jednym słowem - cudowna. Za to druga, za którą miałam przyjemność sięgnąć niedawno... już trochę się popsuła. 

Pierwsza połowa tej książki to kontynuacja poprzedniej - genialna Pollyanna wciąż bawi, zachwyca i dzieli się swoją radością, a poza tym szerzy swoją grę w zadowolenie na całe otoczenie. Poznajemy nowych bohaterów, a ze starami spotykamy się znów przeżywając przygody i troski. Lecz nagle w połowie książki autorka przeskakuje sześć lat, kiedy nasza bohaterka jest już dorosła. A wtedy jej cały dziecięcy czar gdzieś się ulatnia, znika. Pojawia się zgorzkniałość, trochę smutku, melancholii, oprócz tego wkraczamy w okres poważnych decyzji, więc rodzi się pierwsza miłość, a przy tym autorka nieudolnie wprowadziła bardzo słaby wątek trójkącika miłosnego. Kiepsko moim zdaniem to nieco wyszło i zakończyło się jakoś... zbyt słodko, można by rzecz - z kilogramową ilością spływającego lukru.

Myślę jednak, że drugą część Pollyanny warto przeczytać - choćby dla tej pierwszej jej połowy. Mimo wszystko, wspaniały styl jakim operuje Eleanor H. Porter pozostał, nie zmienił się również jej lekki, przystosowany do każdego czytelnika, język. Czyta się dobrze, naprawdę dobrze. Szkoda tylko, że w pewnym momencie coś zaczyna w niej zgrzytać... Bardzo szkoda. Jeśli jednak pierwsza część Was zauroczyła - sięgajcie po drugą! To lektura, która przywołuje na twarzy uśmiech w wersji maksymalnej, a takich uśmiechów nam w dzisiejszym świecie potrzeba. 

środa, 15 stycznia 2014

PREMIEROWO: 217. Namaluj mi słońce



Autor: Gabriela Gargaś
Wydawnictwo: Feeria
Data wydania: 15 stycznia 2013
Liczba stron: 385


Z miłością jest tak, że im bardziej jej wyczekujemy i ją poszukujemy wszelkimi sposobami, tym bardziej nas omija. Im mocniej staramy się ją dojrzeć, tym bardziej ona ucieka przed naszym wzrokiem. Ucieka, gdy chcemy zagarnąć wszystko dla siebie, gdy rozpychamy się łokciami, biegniemy po trupach do celu, paląc za sobą wszystkie mosty. Jej tam wtedy nie ma - ona siedzi ukryta w skromności, ciszy, krótkim spojrzeniu i czeka kiedy w końcu damy jej szansę pojawienia się w naszym życiu.

Sabina pracuje jako przyjaciel do wynajęcia - wysłuchuje osoby nieszczęśliwe, chore, zawiedzione i pomaga im ruszyć do przodu. Tym czasem sama jest niezwykle samotna i choć przed światem udaje, że nie pragnie miłości, dzieci ani rodziny, to w głębi duszy bardzo na nie czeka i ich pragnie. Pewnego dnia w parku spotyka Marysię - małą, śliczną i uroczą dziewczynkę, która prosi ją o namalowanie na kartce słońca. Kobieta zgadza się, choć niechętnie, a w trakcie kolejnych dni spotyka się z tym dzieckiem ponownie i z biegiem czasu zaprzyjaźniają się. Spragnione miłości i akceptacji serce Sabiny może zapełnić się dziecięcą radością i szczęściem, jakie otrzymuje z tych codziennych spotkań w parku. Pewnego dnia poznaje również ojca dziewczynki - Maksa. Jest on mężczyzną samotnym, z wyjałowionym sercem, zranionym przez życie i ciężką przeszłością. Czy dogada się z Sabiną? Jak potoczy się ich znajomość?

Kurczę. Są takie książki, a Namaluj mi słońce jest jedną z nich, po których już od początku oczekuję wiele i mam do tego prawo - Gabriela Gargaś już dwa razy zaskoczyła mnie niezwykle pozytywnie, przy jej ostatniej książce, W plątaninie uczuć, płakałam i śmiałam się jednocześnie. Co się stało, że przy tej lekturze tylko zgrzytałam zębami ze złości? Jak to się stało, że tak świetna pisarka sama popsuła sobie tak świetny pomysł? 

Namaluj mi słońce rozpoczyna się naprawdę świetnie - ciekawie, z nutką tajemnicy, goryczy, ale też niepokoju. Lecz gdy główni bohaterzy - Sabina, Marysia i Maks - zaczynają wchodzić ze sobą w głębsze relacje, powstaje z tego coś bardzo śmiesznego, groteskowego i z ogromną ilością irytującego banału. Tak - banał goni banał, a ja już dawno nie czytałam tak nierealnych, odsuniętych od rzeczywistości i zdrowego rozsądku wydarzeń. W połowie wiedziałam już jak to się zakończy i naprawdę z bólem serca przekonałam się, że mam rację - a do ostatniej kartki kibicowałam autorce, że może wymyśli coś kreatywniejszego, że wejdzie na stopień wyżej i zaskoczy nas czymś naprawdę dobrym. Sama nie wierzyłam w to co czytałam, ale przecierałam ze zdumienia okulary, a wydarzenia wciąż pozostawały takie same. I wciąż kiepsko wyciągnięte niczym z nudnej telenoweli. 

Głowna bohaterka absolutnie mnie do siebie nie przekonała i już dawno nie czytałam o żadnej kobiecie, która irytowała mnie tak strasznie jak właśnie Sabina. Nie powiem, że zachowywała się nierealnie, bo zdarza się, że tacy ludzie na świecie żyją, ale muszę napisać, że to najbardziej wkurzający ludzie jacy mogą być. Tacy, którzy nie wiedzą, czego chcą, robią coś odwrotnego niż mówią, wbrew temu co chcą, najpierw się poświęcają, a potem każą całemu światu użalać się nad nimi, rzucają stosem sentencji w typie Paula Coehlo, a następnie sami się do nich nie stosują. Sabina wydała mi się tak strasznie rozpieszczona i bez zdrowego rozsądku, że mało nie brakowało, a rzuciłabym książką o ścianę. Zresztą jej zawód - przyjaciel do wynajęcia - też całkowicie mnie nie przekonał. Nie jego idea, choć też wydaje się być dość dziwna i śmieszna, a raczej to jak ona go wykonywała - przebierała w ludziach jak w zabawkach, wielu moim zdaniem traktowała przedmiotowo i starała się wmówić czytelnikom, że za te kilkadziesiąt złotych tygodniowo jakie zarabiała jest w stanie wyżyć, i to całkiem na bogato, a następnie przez kilka tygodni nie pracować by żyć jeszcze lepiej. Zresztą większość przedstawionych tu wątków nie ma żadnego odniesienia do prawdziwego życia i wypada tak słodko, że aż trzeba się napić.

To co na szczęście pozostaje jednak dobrego, to bardzo ciekawy styl pisania autorki, która potrafi przytrzymać przy książce czytelnika i mimo tych zgrzytów zatrzymać go przy lekturze oraz odprężyć jej stałą akcją. Myślę więc, że osoby szukające lektury bardzo lekkiej, nie ambitnej, całkiem ciekawej i dającej chwilę spokoju od zabieganego i smutnego świata, mogą być zadowolone - zwłaszcza do Pań Gabriela Gargaś swoją powieścią trafi. A nuż Wy tych wszystkich minusów nie zobaczycie? Mam taką nadzieję. Myślę, że warto spróbować by przekonać się jak Wy ją odbierzecie - wtedy sami będziecie mogli wyrobić sobie na jej temat zdanie. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria!

niedziela, 12 stycznia 2014

Moje niedzielne gadanie: 10 (i pół) rudych postaci w literaturze, które ukształtowały mój charakter


Witajcie!


Rudzi są fajni, prawda? Ja nie rozumiem jak można ich nie lubić! Mój (rudy) najwspanialszy naczelny najbardziej epickiego portalu dla młodzieży jaki istnieje, powiedział mi niedawno, że moje uwielbienie do rudości jest już tak wielkie, że czeka na moją zamianę koloru włosów. Lecz na razie będzie jeszcze musiał poczekać - okazało się bowiem, że mój osobisty i prywatny anioł stróż jest rudy, a w tym związku jeden wystarczy. Chwilowo. Zresztą - rudy to nie kolor włosów. Rudy to charakter!

Wracając jednak do tematu - rudość pokochałam już dawno temu. W książkach. Tych moich pierwszych, najukochańszych, najbardziej sentymentalnych i najpiękniejszych, które wspominać będę zawsze najlepiej. Postanowiłam więc w moim rudym uwielbieniu, tych dziesięć najdzielniejszych rudych bohaterów wyróżnić i przedstawić Wam, Kochani Czytelnicy, byście i wy mogli ich sobie przypomnieć, a jak jeszcze ich nie znacie - jak najprędzej nadrobić.

1. Ania z Zielonego Wzgórza


Moja niekwestionowana mistrzyni! Pisałam już o niej wiele razy, ale to właśnie przez nią w dzieciństwie stawałam przed lustrem i szukałam rudych kosmyków, marzyłam o zmianie imienia, przetransportowania się na Wyspę Księcia Edwarda i poznania swojej rudej drugiej połówki, ponieważ Ania rozumiała mnie jak nikt inny!

2. Pipi Pończoszanka


Już sama nie wiem, czy była przed czy po Ani, ale z Pippi zrozumiałyśmy się bez słów i pokochałyśmy od pierwszych chwil - oh, jak ja ją uwielbiałam! I uwielbiam do dzisiaj - jak dla mnie to niekwestionowanie najlepsza powieść Astrid i o Pippi to ja bym mogła czytać i słuchać w nieskończoność! 

3. Natalia Borejko


Nie wiem czy wiecie, ale uwielbiam Jeżycjadę! A tam rudzielców od groma, zwłaszcza Borejkówny - Idusia, Róża i właśnie Natalia, moja najulubieńsza! Już w Kwiecie kalafiora zaśmiewałam się z jej przygód, a Nutria i Nerwus, jeden z moich ulubionych tomów zaprzyjaźnił mnie z nią na amen. Poza tym Natalia jest tak bardzo do mnie podobna - i za to jeszcze bardziej ją kocham!

4. Arielka, czyli po prostu Mała Syrenka


Arielka to nie jest moja ulubiona disneyowska księżniczka (bo nią zawsze pozostanie Kopciuszek <3), ale mam ogromny sentyment do baśni Andersena - Małej Syrenki. Uwielbiam ją ogromnie, a kiedy zobaczyłam w dzieciństwie że jest takim samym rudzielcem jak ukochane Pippi i Ania, od razu się polubiłyśmy bardziej. Arielka to jedna z tych niezapomnianych postaci, o której film mogę oglądać wciąż godzinami i naprawdę bardzo, bardzo ją lubię!

5. Księżniczka Angelika



Nie mogłam nigdzie znaleźć ilustracji rudej Angeliki, jednakże w książce jest napisane jak byk - Angelika ruda była! Mowa tu o pięknej księżniczce z jednej z najwspanialszych i najukochańszych książek mojego życia - Pierścień i Róża. Tak bardzo pokochałam tę cudowną historię i jej bohaterów, że nie jestem w stanie już zliczyć ile razy do niej wracałam - ale na pewno wiele! Uwielbiam w niej każdego bohatera, a Angelika, choć to postać nieco negatywna zdobyła mimo wszystko me serce, ponieważ jest okropnie urocza! Lubię ją, bardzo!

6. Róża z Wolskich


Rudzielec, z którym polubiłam się najpóźniej, bo dopiero niedawno - na początku było to krótkie zauroczenie w Cukierni, a potem ogromna przyjaźń w Podróży do miasta świateł. To jedna z tych bardzo charakterystycznych, charyzmatycznych i ciekawych bohaterek, jakich się nie zapomina - i za to właśnie ją cenię! Poza tym odnalazłam w niej wiele siebie, dzięki czemu jeszcze mocniej pogłębiła się nasza literacka więź.

7. Pan Kleks


Teraz przechodzimy do facetów, a Pan Kleks to jeden z tych najlepszych! Uwielbiam go całym sercem, zresztą - jak można go nie lubić? Jak dla mnie jego przygody są obowiązkową lekturą dla każdego dzieciaka, bo jak, powiedzcie, można żyć i go nie znać? 

8. Józinek


Kolejny rudzielec musierowiczowy (mówiłam, że u Niej można ich czerpać garściami, a i tak się nie wyczerpią, bo rude postacie ta niezwykła autorka produkuje już seryjnie :D), ale tym razem męski - i tak, przepadam za Józinkiem! Nie dość, że rudy, to jeszcze taki śmieszny i kochany - cudownościowy! Chyba w całej Jeżycjadzie to właśnie on jest najlepszą męską postacią - po prostu wspaniały i już!

9. Ron Weasley


Jego tu nie mogło zabraknąć - czy ktoś wyobraża sobie ranking rudych bez uwielbianego Rona? No właśnie! Muszę przyznać, że nie przeczytałam całej sagi o Harrym Potterze (jeszcze!), nie mniej jednak pierwsze kilka części mam za sobą, a to wystarczyło, by Rona polubić na dobre i na złe!

10. Rudy


A ten Rudy nawet nie był rudy - a zaledwie rudawy. Jednak nie mogło go tu zabraknąć, ponieważ Kamienie na szaniec to jedna z tych książek, które nie śmiem oceniać - tak dobra, tak mądra i tak wyjątkowa, że po prostu cicho wyrażam swój przeogromny szacunek dla Tych, którzy w niej występują.
A Rudy to mój zdecydowany faworyt - kto czytał, ten wie dlaczego!

(a jedenasta jest naczelna Literatury - też ruda. Probsy dla Ani! <3)

Ściskam Was mocno i pozdrawiam życząc pięknej niedzieli - K. :*

piątek, 10 stycznia 2014

216. Kuroniowie przy stole



Autor: Jakub Kuroń
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 20 listopada 2013
Liczba stron: 200


Zapach domowego rosołu, własnoręcznie wykonanego keczupu, szynki samodzielnie wędzonej jest niepowtarzalny, niezwykły i z pewnością nie do podrobienia. To smaki prawdziwego wspaniałego dzieciństwa, witaminy i substancje powodujące właściwy, szybki i zdrowy wzrost, a także uśmiech na twarzy najedzonego dziecka. Każdy kto w dziecięcych latach tych swojskich potraw próbował, wie o czym mówię i wie, że jest szczęściarzem. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach zupek w torebkach i głęboko mrożonych w sklepowych zamrażarkach pierogów…

Kuroniowie to rodzina bardzo polska – wielopokoleniowa, znana, przywołująca uśmiech na twarzy, a przede wszystkim nieodłącznie kojarząca się z dobrym polskim jedzeniem, oczywiście znanych i kochanych przez naszych rodaków programów kulinarnych Macieja Kuronia. Po jego śmierci w 2009 roku gdzieś zatarła się nieco jego sława, zapomnieliśmy o tym wyjątkowym człowieku. Tymczasem jego syn, Jakub Kuroń, pragnie nam go przypomnieć – jego i całą swoją niesamowitą rodzinę. Ale przedstawić inaczej niż wszyscy – przez zabawne historyjki, anegdoty rodzinne i co najważniejsze przepyszne i aromatyczne przepisy. Jesteście zaciekawieni?

Rubaszny, zabawny, ujmujący i wspaniale przyrządzający swoje potrawy Maciej Kuroń zakochał niemal wszystkich z nad Wisły, pokazał nowe smaki, nowe sposoby i zachęcał do samodzielnego sięgania po garnki i talerze, a Jacek Kuroń tych nieco starszych uczył patriotyzmu i bezinteresowności – przykładem są chociaż słynne „kuroniówki”, które wielu do dziś kojarzą się przede wszystkim z pomocą ludziom uboższym i głodnym. A mi Kuroniowie kojarzą się z zdrową, pyszną, polską kuchnią, dlatego mając możliwość sięgnięcia po książkę Jakuba Kuronia nie wahałam się ani chwili!

Przepisy, które przedstawił nam autor pochodzą kolejno od każdego członka rodziny – od najstarszego do najmłodszego. I przy każdej osobie pojawia się sześć jej autorskich przepisów oraz sześć tych samych przepisów zmodyfikowanych przez Jakuba. Jest to tak świetnie przedstawione i pokazane, że ślinka płynie z ust – zdjęcia niesamowicie dobrej jakości, przepiękne, duże, obrazujące potrawę naprawdę genialnie i przepięknie. Już samo przeglądnięcie książki sprawia, że chce się natychmiast coś z niej ugotować!

A to, co również wyróżnia tę książkę od innych to to, że jest w niej przedstawiona polska kuchnia w najlepszej postaci – czyli najsmaczniejszej! Warto dodać, że nie są to przepisy amatorskie, nie są fit, nie są małokaloryczne (w większości), ich przygotowanie zajmuje nieco więcej czasu, ale za to są staropolskie, wracające smaki z dzieciństwa, niedrogie, z produktów tanich i łatwo dostępnych, a co najlepsze – ich przygotowanie z pewnością przyniesie mnóstwo satysfakcji!

Po sięgnięcie za Kuroniów przy stole zachęcam naprawdę każdego – i mężczyzn i kobiet i tych, którzy w kuchni siedzą już długo, mają swoje smaki wyrobione, jak i takich, którzy dopiero tu raczkują i zaczynają. Przedstawione dania w niej są ambitne, bardzo ciekawe, oryginalne, a niesamowicie polskie i niesamowicie pyszne. Oprócz tego przypominają sylwetki wspaniałych ludzi – Kuroniów, o których myślę należy pamiętać. I wspominać z ogromnym szacunkiem.

Polecam z całego serca!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

środa, 8 stycznia 2014

215. Szukając Alaski

Szukając Alaski - John Green


Autor: John Green
Tytuł oryginalny: Looking for Alaska
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data wydania: 9 października 2013
Liczba stron: 317


Są takie książki, które się czyta, nawet nieźle się przy tym bawiąc, zaprzyjaźnia z kilkoma bohaterami, poznaje się dobrą, ciekawą historię, lecz potem odkłada się je na półkę, a kilka tygodni później fabułę pamiętamy już jak przez mgłę. Lecz na całe szczęście istnieje też drugi rodzaj powieści – książki, które czytamy z biciem serca, nie możemy się od nich oderwać, a zamykając ostatnią stronę cicho łkamy z rozpaczy. Zaś po niej pozostaje tysiące myśli, refleksji i przekonanie, że to jest dzieło, po którym człowiek już nie jest taki sam jak wcześniej.

Miles Halter wiódł nieco nudne życie, dopóki w poszukiwaniu Wielkiego Być Może nie trafił do szkoły z internatem, równie nudnej, lecz zmieniającej w jego życiu wszystko. Tam właśnie poznaje Alaskę – piękną, mądrą, fascynującą, pochłaniającą ogromne ilości książek i pokazującą mu sens istnienia dziewczynę. Razem z nią i innymi przyjaciółmi tam poznanymi będą buntować się przeciw światu, wymyślać żarty i kawały swojego życia oraz rozmawiać na tematy, które wcześniej nie przychodziły mu nawet do głowy.  Pozna prawdziwy smak życia i dowie się o sobie samym więcej niż wcześniej mógł przypuszczać. Miles jednak jednocześnie zakochuje się w Alasce na amen, a ona nie daje mu żadnych szans na to, by kiedyś mogło łączyć ich coś więcej niż przyjaźń, ponieważ od dawna jest już szczęśliwie zakochana. Co on zrobi by poznać ją bliżej i jak potoczy się jego dalsze życie w Culver Creek?

Uwielbiam Johna Greena miłością nieskończoną, choć czytałam wcześniej tylko jedną jego książkę – Gwiazd naszych wina. Wystarczyło to, by zachwyciła mną ona jednak do tego stopnia, że od tego czasu wracam do niej często by jeszcze raz odkryć zapomniane cytaty i ponownie wrócić do najbardziej wzruszającej powieści dla młodzieży wszechczasów, która w moim sercu zajmuje miejsce szczególne. Nic dziwnego, że sięgając po Szukając Alaski miałam nadzieję i oczekiwania bardzo wysokie, ale wiecie co? John Green sobie poradził – spełnił je wszystkie w stu procentach! Ta książka to prawdziwa perełka!

Historia w Szukając Alaski jest tak do bólu prawdziwa, tak bardzo życiowa, tak pięknie młodzieżowa, a jednocześnie niesamowicie mądra i świetnie napisana, że aż ciężko ubrać w słowa jej genialność. Jedno jest pewne – wciąga od pierwszych stron, zabiera do swojego świata, zachwyca, łamie serce i prowadzi czytelnika przez wspaniałą przyjaźń, młodzieńczy bunt i skomplikowane życiowe relacje bohaterów. John Green potrafi te wszystkie wątki poskładać w wspaniałą, idealną i genialnie dopełniającą się całość, która rozśmiesza, zachwyca i wzrusza. A także łamie serce. Ale również je niesamowicie pokrzepia.

Każdą książkę tego autora będę w ciemno wciskać wszystkim nastolatkom, ponieważ pisze on w sposób, który należy przekazać dalej i podzielić się nim ze światem. Przede wszystkim jednak zmusza do głębokiej refleksji, porusza serce, każe zastanowić się nad światem, nad sensem, nad naszym własnym istnieniem, nad tym dokąd prowadzi nasza droga, co chcemy znaleźć na jej końcu, co oczekujemy od każdego dnia. A co najważniejsze – lektura jego powieści zmusza do dziękowania za to co się ma, ponieważ pokazuje życie od strony skomplikowanej, a także niełatwej. Jednocześnie jednak trzeba zauważyć, że zarówno język jak i styl pisania Greena są bardzo lekkie, plastyczne, dostosowane zarówno do nastolatka jak i do dorosłego, więc każdy może dać się porwać tej niesamowitej historii!


Książki Greena są po prostu inne niż te wszystkie, który rynek młodzieżowy dziś zalewają – mimo, że fabuła nie jest skomplikowana, na pierwszy rzut oka wydaje się nawet dosyć powszechna, to jednak On potrafi wyczarować z niej historię nieschematyczną, wzruszającą, niebanalną i skłaniającą do długiej i pięknej refleksji. To nie jest powieść ociekająca głupotą, nie jest też nadmuchana pustymi frazesami, ani w banalny sposób pokazująca nierealne życie – ona po prostu jest idealna. Polecam z całego serca każdemu – to po prostu trzeba znać!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Bukowy Las!

poniedziałek, 6 stycznia 2014

214. Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 17 października 2012
Liczba stron: 480


Paryż – miasto miłości, miasto spotkań, miasto świateł, miasto kultury i przede wszystkim – miasto sztuki. Miejsce, gdzie na każdym kroku można zobaczyć młodych, pełnych ambicji i zapału malarzy, którzy z zapałem szkicują kolejne dzieła, uwieczniając nie tylko majestatycznie wznoszącą się wieżę Eiffla, ale także przechodzących ludzi, zgiełk, nieustający hałas, obrazki z codzienności. Wierzą, że kiedyś ktoś ich ujrzy i się zachwyci, zapragnie mieć kawałek ich świata na płótnie, że spełni ich marzenia o pięknym życiu wśród kolejnych dzieł…

Mamy rok 1867. Krystyna Wolska, razem ze swoją niemą córką Różą, przyjechała do Paryża by poradzić coś na niemowę dziewczynki, a poza tym, żeby znaleźć wsparcie u wuja Izydora – tak bardzo potrzebne, kiedy ich mąż i ojciec został zesłany na Syberię. Obie są tu zagubione, lecz szybko przystosują się do francuskiego trybu życia. Pewnego dnia idąc drogą, Róża na chwilę zatrzymuje się by zawiązać bucik i wtedy dostrzega ją pewien malarz, a ona nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo zmieni to jej życie… Po drodze czeka na nią jednak jeszcze wiele trudności, a los nie raz będzie kładł jej pod nogi kłody - jak sobie poradzi? Czy wyjdzie z tego obronną ręką? Na jaką kobietę wyrośnie, gdy wkroczy w świat malarzy, obrazów i sztuki?
Tymczasem w roku 2011, Nina dostaje smutną wiadomość – jej ciocia Agata ( z którą co prawda niewiele ją łączyło, ale rodzina to rodzina) zmarła w Gutowie i ktoś musi zająć się zorganizowaniem pogrzebu. Ktoś, czyli na pewno Nina, bo jej zaborcza matka nie bierze pod uwagę dyskutowania z córką. Dziewczyna więc postanawia spędzić tam nieco więcej czasu i zatrzymuje się w Zajerzycach – w hotelu prowadzonym przez Igę Toroszyn i jej męża. I właśnie przez nią zostanie poproszona o sprawdzenie czy obraz Tomasza Zajezierskiego namalowany przez Różę z Wolskich na pewno jest prawdziwy… Czy uda jej się rozwikłać zagadkę?

Małgorzatę Gutowską - Adamczyk pokochałam już w momencie przeczytania 110 ulic, a następnie wszystkich jej powieści dla młodzieży – Wystarczy, że jesteś, 13. poprzeczna, Niebieskie nitki – i każdą serdecznie polecam, nie tylko nastolatkom . Następnie porwała mnie Cukiernia pod Amorem – zarówno tom pierwszy jak i drugi mogę zaliczyć do niezwykle udanych (trzeci niestety jeszcze przede mną, ale wszystko jest do nadrobienia!). Także sięgając po Podróż do miasta świateł wiedziałam czego się spodziewać – książki nieschematycznej,  niebanalnej, ciekawej, piekielnie wciągającej i z wspaniałym tłem. I właśnie to dostałam.

Historię poznajemy z dwóch punktów widzenia – Niny i Róży. Te dwie bohaterki różni tak wiele – stan, pochodzenie, historia, a przede wszystkim czas, w którym żyły – Róża w końcówce XIX wieku, a Nina na początku wieku XXI. A mimo wszystko, z pewnością nieprzypadkowo, są do siebie niesamowicie podobne. Zamiłowanie do sztuki, zaborcze, zazdrosne matki, Paryż w tle, nieudana miłość, trudne dzieciństwo, to tylko niektóre z ich wspólnych cech. Przyznać trzeba, że obie są niesamowicie dobrze wykreowane – czytając o nich ma się wrażenie jakby stały obok nas, jakby ktoś opowiadał nam historię dobrych znajomych. Zresztą, co jest ogromną zaletą, każda z postaci występujących w książce ma swój indywidualny charakter, historię i każda jest do bólu żywa i prawdziwa.

Czyta się to niesamowicie dobrze – a wszystko przez cudowny, lekki i niezwykle porywający styl pisania autorki, która w oka mgnieniu zabiera nas w wspaniałą podróż do Paryża, prowadząc między kolejnymi stuleciami, przekraczając granice czasu, przestrzeni, rozsądku. W perfekcyjny sposób kreuje rzeczywistość podając nam na tacy zaledwie jej niewielkie urywki, jednak przygotowane i dopracowane tak misternie, że nie da się nimi nie zachwycić. To książka, od której nie można się oderwać i którą zaczynając, musisz liczyć się z tym, że nieprędko wyjdziesz z jej świata.

Pierwszą część Podróży do miasta świateł polecam z całego serca – ja bawiłam się przy niej przednio. Małgorzata Gutowska-Adamczyk zaczarowała mnie po raz kolejny i z pewnością będę chciała jak najprędzej powrócić do jej cudownego świata. Jestem przekonana, że każda wrażliwa kobieta zachwyci się historią Róży i Niny, ponieważ jest ona taka żywa, prawdziwa i codzienna, że wciąga już od pierwszych stron. A może któraś z Was odnajdzie w nich siebie? Zachęcam sprawdzić, naprawdę warto!

Recenzja dla portalu literatura.juventum.pl!

niedziela, 5 stycznia 2014

Moje niedzielne gadanie: 10 memów o książkach, które wyrażają więcej niż tysiąc słów

Hej hej,

miło mi znów tu coś napisać po tej długotrwałej przerwie, w trakcie której jakoś nie miałam pomysłów, a kiedy już na jakiś wpadłam, brakowało mi czasu. W każdym razie - nic się nie stało, bo powróciłam i to z czymś naprawdę ciekawym i jak dla mnie świetnie poprawiającym humor!

Memy stały się symbolem Internetu - podczas gdy w dzisiejszym świecie nikomu nie chce czytać się długich tekstów, a nawet z artykułów w gazecie większość ludzkości czyta zaledwie tytuł i podtytuł, wiele wyrażające obrazki, z dużym, a często bardzo ironicznym i wpadającym w samo sedno napisem, bawią, a jednocześnie zastanawiają wszystkich zainteresowanych (a zresztą niezainteresowanych zresztą też). A te książkowe jednocześnie - zachęcają do czytania i dyskusji. Książkoholicy - łączmy się (choćby i przez memy :3)!

Zatem dziś wybrałam 10 najlepszych - mam nadzieję, że Wam przypadną do gustu tak jak mi, bo myślę, że nie możecie się nie zgodzić, że są genialne? <3 (i ponieważ mówią same za siebie, uznałam, że komentarz do nich będzie zbędny)

1.

2.
Kącik Harry`ego Pottera

3.
pozdrawiam loczka <3

4.

5.

6.
Gdybym wygrała w lotka

7.
Mężczyźni w literaturze

8.
Prezent

9.
(bo bez suchara nie mogło się obejść! <3)

10.

A teraz... lecę sama coś poczytać :3 Miłej niedzieli! :*

(a w ogóle to teraz w styczniu będzie się pojawiać dużo recenzji, bo mam straszne zaległości z poprzednich miesięcy, ale to wcale nie oznacza, że nagle zaczęłam tak szybko czytać - niestety jeszcze nie :C)

sobota, 4 stycznia 2014

213. Ostatnia spowiedź. Tom II

Ostatnia spowiedź - Tom II - Nina Reichter


Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 26 sierpnia 2013
Liczba stron: 370


Najpierw był ogromny szok. I niedowierzanie. Wszyscy na chwile zamarli, a w powietrzu dało się słyszeć przelatującą muchę, tak wielka była cisza. A potem jak w zniszczonym mrowisku rozpoczął się zamęt – jedni przekrzykiwali drugich, pytali „dlaczego?” i „jak to się stało?”, mimo, że przecież nikt nie potrafił na nie odpowiedzieć. Beznamiętnie wpatrywali się w scenę, gdzie już nikt nie śpiewał, mikrofon został rzucony bezładnie na ziemię, lecz właśnie rozgrywała się jedna z największych tragedii społecznych – zakochane serce pękało na pół.

Bradin z wypadku na scenie wyszedł jednak cało, choć ślady i blizny, a także przykre wspomnienie pozostaną mu pewnie do końca życia. Mimo to nie chce już znać Ally – odwraca się do niej plecami i jest przekonany, że od samego początku kręciła z jego bratem Tomem, okłamując go bezczelnie w żywe oczy. Dziewczyna, choć wie, że było inaczej nie ma szansy, ani siły, mu tego wytłumaczyć – on nie chce jej wysłuchać. Załamana, wreszcie zrozumie ile on dla niej znaczył, dlatego postanawia uciec z jego życia i dać mu wolną rękę – ale co ma zrobić gdy nie potrafi bez niego żyć i każdy dzień wpędza ją w ciemną bezsensowną nicość? Jak postąpi Tom, który jednocześnie kocha Ally i chce być w porządku wobec brata, a jednocześnie najlepszego przyjaciela – czy facet, który dotychczas żył bez zasad, tej jednej będzie potrafił dotrzymać?

Pierwszy tom Ostatniej spowiedzi wbił mnie w fotel, zniszczył mi świat, a zakończenie złamało serce, wycisnęło morze łez i rzuciło w odchłań rozpaczy. To wciąż pozostaje najlepsza młodzieżowa książka romantyczna jaką przeczytałam, a czytałam ją już ponad rok temu i od tego czasu nic nie potrafiło jej dogonić. Przez ten rok cierpiałam w oczekiwaniu na kolejną część, tęskniłam za Bradinem, za Ally, za Tomem, przeglądałam ponownie pierwszy tom, choć nie znajdowałam tam wciąż odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie – co wydarzy się dalej?! Lecz kiedy dostałam wymarzoną kontynuację w swoje ręce, prędko jej nie wypuściłam – zasiadłam do lektury i wchłonęłam w kilka dni, napawając się ponownie kunsztem i pomysłami autorki. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie kilka małych zgrzytów, które mi tę lekturę nieco zniszczyły…

Przede wszystkim – trójkącik miłosny! Aghhr, czy może w książkach romantycznych być coś gorszego? Dwaj faceci zakochani w jednej dziewczynie, jedna dziewczyna darząca takim samym uczuciem dwóch facetów – to nie tylko jest nudne, oklepane i wcale nie takie fajne, jak na pierwszy rzut oka wygląda (i jak wielu wciąż się wydaje), ale było też powielane tyle razy, że stało się irytujące. I choć tu nie jest to – na całe szczęście – główny wątek i nie wychodzi poza drugi plan, to i tak jest to jak dla mnie minus, ponieważ zawsze jeden z ulubionych bohaterów cierpi… a ja nie mogę nic zrobić, ponieważ aktualnie wejście do książki i nawrzeszczenia na niezdecydowane osobniki nie wchodzi, niestety, w grę.

Styl autorki, jej lekkie pióro i ciekawy sposób przedstawiania nawet najprostszej sytuacji w piękny, nietuzinkowy sposób, a poza tym jej zamiłowanie do cudownego przedstawiania romantycznych scen nie uległ zmian – druga część wciąż pozostaje książką świetnie napisaną, z sercem i bardzo angażującą czytelnika, który wciąż nie może odłożyć lektury, gdyż usilnie chce dowiedzieć się co wydarzy się dalej. Szkoda tylko, że tym razem autorka stara się i bardziej skupia uwagę na uczuciu łączącym dwoje zakochanych głównych bohaterów, tymczasem o szybkiej akcji, zmieniającej się fabule i zabawnych sytuacjach, wywołujących głośne salwy śmiechu nieco zapomina, przez co książka, jak dla mnie, wiele traci.

Mimo wszystko, Ostatnią spowiedzią. Tomem II nie jestem rozczarowana, ponieważ jej lektura przyniosła mi wiele radości, a czas, który poświęciłam na jej przeczytanie w żadnym stopniu nie uważam za stracony. Może nie wylałam na nią  morza łez, ale wzruszyłam się nie raz, a ostatnie strony sprawiły, że nie mogłam usiedzieć w fotelu. Uważam, że każdy, kto zachwycił się pierwszym tomem powinien jak najszybciej poznać tom drugi, gdyż jest to kontynuacja warta waszego poznania!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...