czwartek, 28 listopada 2013

Stos na odgonienie smutków

hejhej,

jak mija Wam jesień? Choć w listopadzie, który zaczyna już dobiegać końca robi coraz zimniej na dworze, że nawet nie mam ochoty wyściubiać nosa z domu, to jednak gdy patrzę na cudowności, które do mnie przybyły, od razu się rozgrzewam <3 Czy one nie są wspaniałe?


Na samym dwa tomy, które są chyba jednymi z największych perełek tutaj, czyli 
seria Podróż do miasta świateł - Róża z Wolskich i Rose de Vallenord autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, a recenzować będę je dla literatury.juventum. Nieco wyżej dwie książki od Bukowego Lasu - Mofongo, które strasznie mnie przyciągnęło okładką, opisem i pewną recenzją, po której wiedziałam, że ja też muszę ją mieć i Szukając Alaski Johna Greena - tu chyba nie trzeba dodawać dlaczego tak bardzo już nie mogę się doczekać lektury? Zielony to mój mistrz! <3 Dalej nowości od Publicatu, na oderwanie się od szarej, zimowej rzeczywistości - MISSja survival, Greckie wakacje i I nie było już nikogo w ramach dalszego poznawania twórczości Christie. I kolejna perełka, której w końcu się doczekałam - Ostatnia spowiedź, tom II - po fenomenalnej pierwszej części mam ogromne nadzieje w kolejnej! Dalej mam książki od Literackiego - Kocham Nowy Jork, do przeczytania dla odprężenia i Przyjaciółka z młodości, w ramach poznawania twórczości naszej tegorocznej Noblistki - muszę przyznać, że trochę się boję tej lektury, ale mam nadzieję, że wszystkie pozytywne recenzje nie kłamały, zwłaszcza, że ja przecież dobrze napisane opowiadania uwielbiam! I już niemal szczyt - Sklepik okamgnienie. Walizka pełna gwiazd zachęcił mnie nazwiskiem lubianego autora, a do drugiej części Pollyanny - Pollyanna dorasta - zwłaszcza w nowej, prześlicznej okładce sięgnąć musiałam - i mam! 

A Wam, jak podobają się moje najnowsze nabytki?

Enjoy! :*

poniedziałek, 25 listopada 2013

209. Dotyk Gwen Frost



Autor: Jennifer Estep
Tytuł oryginalny: Touch of Frost
Wydawnictwo: Dreams
Data wydania: 20 września 2012
Liczba stron: 312


Wystarczy, że wyciągniesz rękę i tylko samymi opuszkami palców przejedziesz po przedmiocie, a jego historia i pochodzenie od razu jest w twojej głowie. Nie trzeba wiele – jeden krótki dotyk, kilkusekundowe zetknięcie z Twoją dłonią, a wtedy już nic się przed Tobą nie ukryje. Wszystkie szczegóły, emocje, chwile z nim związane pojawiają się w Twojej głowie i wyświetlają jak długi film. Film, który sama możesz odczuć na własnej skórze. I tylko pozostaje pytanie… to dar czy przekleństwo?

Gwen to tylko z pozoru zwyczajna siedemnastolatka, lecz ma swój sekret, niepowtarzalny dar – gdy dotknie danego przedmiotu czy też człowieka od razu w jej głowie pojawia się obraz całej jego historii, wie o nim dosłownie wszystko. I dlatego właśnie nazywana jest Cyganką, a jej cygański talent zadziwia i szokuje zwykłych ludzi z jej otoczenia. Po tragicznej śmierci jej ukochanej mamy, trafia do Akademii Mitu – miejsca gdzie nie wyróżnia się już z tłumu, gdyż oprócz niej uczą się tu Walkirie, Spartanie czy też Amazonki, potomkowie legendarnych wojowników mający magiczne moce. Pewnego dnia Gwen będąc w bibliotece jest świadkiem śmierci jednej z uczennic i kradzieży Czary Łez – jednego z najważniejszych mitologicznych artefaktów. I choć w Akademii po kilku dniach przechodzi to do porządku dziennego, dziewczyna nie potrafi się z tym uporać. Postanawia sama i na własną rękę rozwiązać tę zagadkę, a pomoże jej w tym jej magiczny dar… Jak sobie poradzi?

Przyznam szczerze, że książki takie jak Dotyk Gwen Frost czytam bardzo rzadko, raczej nie należą do moich ulubionych czy też wyczekiwanych i dlatego podchodziłam do niej dosyć sceptycznie. Skusiły mnie jednak pozytywne recenzje i zachęty znajomych, a także to, że w bardzo miły sposób ta książka zjawiła się w mym domu. I w minione już sobotnie przedpołudnie zasiadłam w fotelu i chcąc odpocząć przy czymś lekkim i miłym, a także z mojej wrodzonej ciekawości, która każe mi wciąż na własnej skórze poznawać wszystko co nowe, sięgnęłam po dzieło Jennifer Estep. I naprawdę przemile się zaskoczyłam!

Spodziewałam się ciekawej, ale nieco nudnawej powieści dla nastolatek, która mnie porwie, ale tylko na chwile. Tymczasem Dotyk Gwen Frost choć może faktycznie jest nieco naiwny, przewidywalny w niektórych momentach, a także wkradło się nieco schematów, to jednak mimo wszystko wspaniale się to czyta. Pokochałam styl tej autorki, to jak w świetny, bardzo przyjemny sposób potrafi zaciekawić, rozbawić i zainteresować mitologicznym dziedzictwem czytelnika oraz jak lekki, plastyczny i porywający ma styl pisania. Czyta się naprawdę błyskawicznie i naprawdę z ogromnym uśmiechem na twarzy.

Już dawno nie czytałam książki z tak dobrze poprowadzoną narracją pierwszoosobową. Gwen to bohaterka, z którą właśnie przez to, że to ona jest główną narratorką wydarzeń i to właśnie z jej punktu widzenia mamy okazję wszystko obserwować, staje się czytelnikowi bardzo bliska. Jednocześnie jest to też postać świetnie wykreowana – inteligentna, błyskotliwa, rozsądna, sympatyczna i stanowiąca mimo wszystko pewien wzór dla młodej dojrzewającej nastolatki. Podobały mi się jej postawy, jej umiejętności, jej humor i uroczy wdzięk, a nawet jej błędy, na których potrafiła się uczyć. Zresztą nie tylko ona – niemal każdy bohater jest tu naprawdę przemyślany, z ciekawą historią, barwny i dobrze przedstawiony. Autorka nie tworzy wielu postaci, przez co potrafi naprawdę świetnie wykreować i skupić się na tych kilku, którzy odgrywają główną rolę. Jak dla mnie jest to jak najbardziej na plus!

Dotyk Gwen Frost polecam każdej nastolatce i nie tylko – z pewnością i starsze czytelniczki świetnie będą się tu bawić. To lektura niezwykle przyjemna, błyskotliwa, idealna do połknięcia gdy szukamy czegoś lekkiego i jednocześnie niegłupiego. Ja z pewnością sięgnę po kontynuację, ponieważ końcówka sprawiła, że ogromnie chcę wiedzieć co wydarzy się dalej! Tymczasem mam nadzieję, że kolejne części będą równie dobre jak ta.

niedziela, 24 listopada 2013

Rozmawiamy: Czy czytamy prasę?

Na początku chciałabym serdecznie podziękować Wam za tak ciepłe i miłe przyjęcie pierwszej odsłony mojego autorskiego projektu Rozmawiamy, który ukazał się tydzień temu i tak liczne wyrażenie swojego zdania pod nim. Było to dla mnie ogromnie miłe, a także zmotywowało do utworzenia dalszego ciągu. Tak więc już dzisiaj możecie przeczytać przemyślenia moje, a także czterech interesujących blogerek na temat… czytania prasy.

Ten temat już od jakiegoś czasu siedzi mi w głowie, ponieważ kilka lat temu w szkole na lekcji języka polskiego mieliśmy w podręczniku niebanalną grafikę odnośnie czytania prasy, a brzmiała ona „Nie czytaj gazet – bądź głupszy. Bądź mądry –czytaj prasę”. Wygrała ona konkurs, bodajże Gazety Wyborczej i nie wiem jak was, ale mnie ona faktycznie zastanawia. Czy naprawdę prasa tak kształci umysł  człowieka? I czy naprawdę potrzebne są takie akcje, bo... nikt już jej nie czyta?

Ja muszę przyznać, że nie czytam gazet prawie w ogóle. Głównie dlatego, że są niestety dosyć drogie, a z roku na rok coraz droższe, a poza tym – coraz mniej w nich wartościowych treści, a coraz więcej reklam i zapychaczy. Kiedyś namiętnie kolekcjonowałam Victora Juniora jak i Victora Gimnazjalistę, jednak po trzech latach przestałam, ponieważ ich cena rosła nieproporcjonalnie do zawartości, a w kolejnych numerach redakcja zaczęła już powtarzać treści, które znałam z poprzednich. Zrobiłam sobie od nich długą przerwę, i szczerze mówiąc, jakoś strasznie mi ich nie brakuje.

A co na temat czytania gazet mają do powiedzenia moi goście?

Najpierw chciałam zapytać je, jak często one sięgają po prasę. Abigail odparła, że dosyć rzadko. Nie sięgam po żadne gazety codzienne, bo jeśli szukam informacji to znajduję je w internecie, i również trudno zobaczyć u mnie inne kolorowe czasopisma. Chyba, że dana pozycja wyjątkowo mnie zainteresuje swoją zawartością lub jeśli nawiązuje do tematów, o których chętnie bym przeczytała. Za to Varia napisała mi : Prasę czytam chętnie i regularnie, bo w zasadzie co tydzień trafia do mnie, jakaś papierowa nowość. Gazety traktuję jako dodatek do śniadania albo popołudniowej kawy – pozwalają na chwilę oderwać się od pracy, a są mniej absorbujące niż typowa powieść.
The newpaper  | via Facebook 
Bardzo ciekawi mnie, jaką prasę czytają inni ludzie. Co jak co, ale na tej podstawie można się zawsze czegoś o człowieku dowiedzieć. Dlatego, choć sama nie sięgam po nią często to bardzo lubię podglądać w jakich typach gustują inni. I to również zapytałam.

Na przykład Himitsu, która tak mi odpowiedziała: Czytuję zaledwie dwa magazyny. Jest to "Nowa Fantastyka" oraz "Coś na progu". Nie sięgam ani po gazety typowo informacyjne, ani po prasę kolorową. Jak również Monikę: Już od jakiegoś czasu odliczam dni do wydania kolejnych numerów „Kontynentów” (ze względu na ciekawe artykuły dotyczące całego świata i bardzo dobre zdjęcia), „Business English Magazine” i „Francais Present” (bo to rewelacyjny sposób na jednoczesną naukę języków i poznawanie kultur). Oprócz tego jest cała lista tytułów, które czytam na przemian z innymi: „Forbes”, „Polityka”, „Newsweek”, „Bloomberg” i tak dalej.  I kochaną Abigail: Niewiele jest tytułów, które chętnie czytam, ale jeśli raz jakiś pokocham to zostaję przy nim do samego końca. Moimi niekwestionowanymi mistrzami są: „National Geographic”, magazyny do nauki języków od wydawnictwa Colorful Media i oczywiście najukochańszy – „Asia on Wave”. Czasami można zobaczyć u mnie też „Harper's Bazar” lub „Vogue”. Dlaczego akurat te? „National Geographic” było ze mną od zawsze i to właśnie dzięki temu magazynowi zainteresowałam się rzeczami, które dzieją się na świecie. Natomiast magazyny od Colorful Media uwielbiam za możliwość ciekawej nauki - artykuły są starannie przygotowane i jest to naprawdę świetna forma poznawania nowego języka, a to kocham najbardziej. O „Asia on Wave” chyba nie muszę zbyt dużo opowiadać. Zawiera w sobie mnóstwo ciekawych artykułów na temat kultury azjatyckiej, którą się bardzo interesuje.

A jako ostatnią właśnie Varię: Od lat wierna jestem Pani i Wysokim Obcasom. Bardzo ucieszyłam się, gdy na polskim rynku zaczął wchodzić „Harper’s Bazaar”, którego rubryka kulturalna i sesje fotograficzne nie mają sobie równych. Czytam „Książki”, ceniłam nieistniejący już niestety „Papermint”. Do tego raz za czas trafi się „Shape” i „Women’s Health”. Zdarza mi się kupić „Grazie”, albo „Show”.
A za co je lubię? Za spotkania z wartościowymi ludźmi, za artykuły, które da się czytać, bo nie są tylko przerywnikami wśród kolorowych obrazków. Założyłam nawet zeszyt w którym notuje co ciekawsze fragmenty i spostrzeżenia, gdyż tak naprawdę prasa stoi u mnie na równi z książkami. Jedyna różnica między nimi to ta, że gazety mocnej dotykają życia codziennego, są bardziej na bieżąco.

grunge style | TumblrJeśli chodzi o mnie, to aktualnie jedyne gazety jakie zdarza mi się czytać to Gość Niedzielny i Mały Gość Niedzielny, ale zwykle nawet nie całość tylko wybrane artykuły i wywiady. Lubię w nich to, że zawsze znajdę tam ciekawe, mądre treści, poruszają ważne dla mnie treści i jednocześnie nie tracą ani zdrowego rozsądku ani poczucia humoru. Poza tym czasami wracam do starych numerów National Geographic, które mam zachomikowane w domu, zdarza mi się przeczytać też Zwierciadło czy Panią, ale naprawdę jest to rzadkością. Trochę brakuje mi na to czasu i.. wolę książki!

Tymczasem chciałabym jeszcze wrócić do tego, o czym Varia wspomniała w ostatnim zdaniu – czy gazety mogą być alternatywą dla książek? Chyba jednak nie, jak zresztą pisze Himitsu: Nie uważam, że czytanie prasy może być jakąkolwiek alternatywną dla ludzi nieczytających książek. Gazety nie mają z nimi wiele wspólnego, poza oczywiście faktem, że i jedno, i drugie łączą literki. Poza tym, prasa w porównaniu do literatury jest raczej uboga. Monika zresztą również się z nią częściowo zgadza i dopowiada: Prasy nie nazwałabym dobrą alternatywą, a co najwyżej dodatkiem do treści właściwych, bo nie znajdziemy w niej historii opowiedzianych od początku do końca, ale urwane fragmenty, które czasami nawet językowo pozostawiają wiele do życzenia. Poznawanie świata na skróty to nienajlepszy pomysł, chociaż oczywiście jeśli ktoś się upiera to chyba zawsze lepiej żeby czytał coś niż nic :)

Cóż, ja również myślę podobnie. Choć ciekawe artykuły zdecydowanie ubogacają, mogą czegoś ciekawego nauczyć i dostarczają rozrywki, to niezaprzeczalnie są krótsze, nie zawsze tak dobre jak tego oczekujemy i w przeliczeniu na strony – o wiele droższe. Mimo to, uważam, że warto od czasu do czasu przeczytać jakąś z gazet, ponieważ niezaprzeczalnie zawsze są w nich aktualne informacje, dobrej jakości zdjęcia, jest to praca kilku, a nie jednej jak w przypadku książek, osób, więc wyższy poziom, więcej pomysłów i cóż, jak ktoś ma nic nie czytać, to z dwojga złego niech już czyta choć tylko prasę…

Myślicie, że to już koniec? O nie! Ponieważ tak świetnie się złożyło, że jedna blogerka goszcząca u mnie jest również jedną z twórczyń ciekawej gazety, zgodziła się napisać kilka słów również o tym, jak to wygląda z drugiej strony medalu. Przed Wami Abigail – młoda dziennikarka magazynu Asia on Wave!

Współtworzenie gazety jest najlepszym, co mnie do tej pory spotkało. Dzięki magazynowi „Asia on Wave” mogłam połączyć wszystko to, co tak bardzo kocham, czyli pisanie i kulturę azjatycką. Do tej pory wydawało mi się, że wydawanie czasopisma jest łatwe i przyjemne, a pisanie artykułów to bułka z masłem. Po dołączeniu do redakcji zorientowałam się, że wcale nie jest tak kolorowo, ale nie mam zamiaru się poddać. Rynek dla magazynów jest naprawdę bardzo bezwzględny i trudno jest się utrzymać na szczycie, a czytelnicy magazynu wielu z takich niuansów nie widzą. Poza tym mogę przeprowadzać wywiady ze swoimi ulubionymi zespołami i kształcić się w ciągłym poznawaniu kultury azjatyckiej, a to jest według mnie bezcenne.

Wydaje mi się, że takie doświadczenie nieco zmieniło moje spojrzenie. Dalej stanowczo obstawiam przy tym, że nie przepadam za czytaniem czasopism, ale... lubię je współtworzyć. Za każdym razem, gdy widzę w gazecie jakiś artykuł to zastanawiam się nad tym, jak ten dziennikarz musiał się przyłożyć do swojego zadania, żeby stworzyć coś ciekawego. Wbrew pozorom tworzenie artykułów wcale nie jest proste, a ja mam wielki szacunek do tych dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, którzy poświęcają całe życie na pokazywaniu ludziom prawdy. 

A Wy, co o tym sądzicie? Czytacie prasę?

W tym odcinku wystąpiły:

Dziękuję Wam ogromnie!

sobota, 23 listopada 2013

208. Bling Ring

Bling Ring - Nancy Jo Sales


Autor: Nancy Jo Sales
Tytuł oryginalnyThe Bling Ring: The Teenaged Burglary Gang That Took Hollywood
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 11 czerwca 2013
Liczba stron: 312


Idziesz szkolnym korytarzem i wiesz, że w tym momencie wszystkie pary oczu są skupione właśnie na tobie. Nic dziwnego, w końcu na sobie masz przecież najmodniejszy model butów, ciuchy połyskujące na każdym kroku są z najwyższej półki, a okulary przeciwsłoneczne na twoim nosie kosztowały więcej niż ktokolwiek z tego szkolnego towarzystwa jest w stanie sobie wyobrazić. Za tobą unosi się delikatny zapach perfumy, nikt jednak nie jest w stanie dokładnie go zidentyfikować, ponieważ jest ona tak droga, że większość nawet nie chce pomyśleć ile musiałaby za nią zapłacić. Ah, sława i bogactwo są takie piękne!
                                             
A właśnie sławy i bogactwa pragną nastolatki niemal w całych Stanach i na całym świecie, oglądając na każdych stronach plotkarskich gazet, w telewizji, radiu i ulicznych bilbordach gwiazdy i gwiazdeczki, które opływają w kosztowności, prezenty i nierozpakowane jeszcze torby z ostatnich zakupów na które wydały więcej pieniędzy niż przeciętny człowiek zarabia. A jeśli jest się młodą osobą mieszkającą tuż przy samym Hollywood, gdzie sław różnej maści jest ogrom, nie ma się co dziwić, że zazdrość i zawiść bierze górę. I takim właśnie sposobem, pewnego dnia piątka nastolatków postanowiła to zmienić i bez skrupułów weszła do domu Paris Hilton. Drzwi były otwarte, a wszystko na wierzchu.. Jak tu się nie oprzeć? Jesteście ciekawi jak to się skończyło, jakie były konsekwencje i ile udało im się ukraść zanim ktoś się zorientował?

Powiem szczerze, że sama nie do końca wiem co mnie popchnęło do sięgnięcia po Bling Ring, bo generalnie filmu nie widziałam, tematyka jakoś specjalnie nie porywa, okładka też nie zachwyca. Może ta wszechobecna reklama, może kilka zachwytów, może kusząca wizja zajrzenia do czyjegoś życia? Cokolwiek to było, Bling Ring przeczytałam. I sama nie jestem pewna co mam o niej sądzić. Bo to powieść co najmniej bardzo skrajna -  z jednej strony ciekawa, nietuzinkowa, podejmująca oryginalny temat, a z drugiej – nudna i bez polotu.

Bo owszem – to bardzo ciekawy, wnikliwy reportaż, napisany przyjemnym w odbiorze językiem, napisany z dużą dokładnością, wyjaśnieniem trudniejszych zagadnień, nie wszystkim przecież znanym, z wywiadami, pojawieniem się osób zamieszanych w sprawę, tych postronnych, komentarzy autorki. Tylko, że to wszystko po stu stronach (a nawet po mniej – zależy kto ile wytrzyma) zaczyna po prostu nudzić. Bo owszem, to dobry temat na artykuł, krótki materiał, ale nie trzystustronicową powieść, w której tak naprawdę zaczyna się lanie wody, bo są takie rzeczy, że można o nich napisać krótko i bardzo ciekawie lub długo i, niestety, nudno. Bardzo nudno.

Nancy Jo Sales ma niezwykle irytujący zwyczaj wracania do tych samych wątków co kilka rozdziałów i na nowo „odgrzewania starych kotletów”. Ileż razy można czytać o tym samym? Lub coś takiego – coś pisze, potem przerwa to kilka stronicowym wykładem na temat najczęściej amerykańskiej statystyki z dokładnym omówieniem przyczyn, skutków i jak to dzisiaj wygląda, a potem z powrotem, jak gdyby nigdy nic, wraca do pierwszego wątku, przez co wyprowadza czytelnika z równowagi. Przynajmniej mnie wyprowadzała – nagminnie dużo razy.

Muszę jednak przyznać, że autorka w bardzo zgrabny i ciekawy sposób potrafiła wpleść w główny wątek tej książki amerykańską kulturę, dzięki czemu czytający może bardzo dobrze ją poznać i się ją wczuć. I choć nieco irytująco mierzy wszystkich jedną miarą, to nie można nie przyznać jej tego iż umiejętnie w swojej książce edukuje nieco czytelnika, który może nawet nie jest świadomy tego jak bardzo w Ameryce rozprzestrzenił się kult sławy i pieniądza (a statystyki są straszne, uwierzcie mi).

To nie jest zła książka, ale moim zdaniem już po stu stronach jej temat został wyczerpany i dalsza część to było wielkie lanie wody na potęgę, które na pewno nie było takie potrzebne. Czy sięgnęłabym po kolejną książkę Nancy Jo Sales? Chyba nie, ponieważ ta.. nie powaliła mnie po prostu. Choć przyznaję, że czas przy niej spędzony nie był zmarnowany. Sami zastanówcie się czy macie ochotę po nią sięgać.

Recenzja dla portalu literatura.juventum.pl!

środa, 20 listopada 2013

207. Modlitwa nieznajomej

Modlitwa nieznajomej - T. Davis Bunn


Autor: Davis Bunn
Tytuł: Modlitwa nieznajomej
Tytuł oryginału: Prayers of a Stranger
Data wydania: 23 października 2013
Liczba stron: 296


Modlitwa – czym ona tak naprawdę jest? Rozmową z Bogiem, błaganiem o cud, uwielbieniem Stwórcy, a może nudnym obowiązkiem, który trzeba odbębnić każdego dnia? I pewnie dlatego, że nikt nie sprawdza jak się modlimy i ile z siebie wkładamy w codzienny pacierz, tak naprawdę odpowiemy za nią dopiero po śmierci. Bo modlitwa to zbliżanie się do Boga, opowiadanie mu o swoim życiu, proszenie, przepraszanie, jak u prawdziwego Taty. Tylko, że Ojciec Niebieski może przez tę modlitwę sprawić… prawdziwy cud.

Amanda to kobieta, która od roku zmaga się z tragedią, która ją dotknęła – straciła swoje dziecko, o którym tak bardzo marzyła. Mimo upływu czasu wciąż nie może się z tym pogodzić, zwłaszcza, że pokoik wyremontowany dla dziecka wciąż jest gotowy, pracuje na oddziale noworodkowym, a rodzina jej męża jest duża i wielodzietna, więc święta w tym hałaśliwym gronie ranią kobietę od środka. Pewnego dnia jej życzliwa sąsiadka proponuje jej, aby pojechała z nią do Jerozolimy, a Amanda pod wpływem chwili się zgadza. Tym sposobem już kilka dni później jest w samolocie zmierzającym do Ziemi Świętej. W tym zaś mieście, przy Ścianie Płaczu pozna pewną niezwykłą kobietę, która nauczy ją ufnej modlitwy. I pomoże ponownie wejść we właściwy tor życia. Czy Amanda spełni oczekiwania?

Są takie książki, na które musi nadejść odpowiedni czas. Gdy on nadejdzie i właśnie wtedy po nią sięgniemy, mimo tego, że nawet nie będzie idealne, to pochłoniemy je z wypiekami na twarzy, uśmiechem na ustach, porzucając wszystko co mamy do zrobienia, aby wypełnić dni jej lekturą. Modlitwa nieznajomej właśnie taka się okazała – gdy nadeszły listopadowe, smutne popołudnia, nawał nauki, przygniatające troski, to sięgnięcie po nią okazało się strzałem w dziesiątkę. Tego właśnie szukałam… i dokładnie to, co chciałam otrzymałam.

Ta lektura niesie ze sobą ogromne pokłady nadziei, optymizmu, wiary w przyszłość, pocieszenia. Czyta się ogromnie przyjemnie i strasznie szybko – trzeba przyznać, że styl autora jest bardzo lekki, plastyczny i płynny oraz idealnie właśnie pasuje i współgra z historią która rozgrywa się w kolejnych rozdziałach. Modlitwę nieznajomej pochłania się w zastraszającym tempie, a jest to powieść idealna na niedzielne popołudnie czy też godzinkę wieczornego odprężenia. Przy niej naprawdę można odpocząć, zrelaksować i wsłuchać się w ciekawą i porywającą opowieść Davisa Bunna.

Ogromnym jej plusem jest to, że ta książka, choć uspokaja, relaksuje i pociesza, to nie ogłupia. Jej treść, poza ciekawą fabułą, coś ze sobą niesie i przekazuje ważny morał. Myślę, że każdy powinien odkryć go sam, więc nie będę go zdradzać – w końcu o to właśnie chodzi, by poczuć go na własnej skórze i przemyśleć w swoim sercu. Poza tym, podobało mi się to, w jak lekki, delikatny i subtelny sposób autor porusza problem straty dziecka – małe istoty, którą kobieta przez dziewięć miesięcy nosi pod swoim sercem, przywiązuje się do niej, a ono umiera kilka dni po urodzeniu, sprawiając jej ogromny ból. Myślę, że Davidowi Bunn należą się ogromne brawa za to jak zręcznie wprowadził ten wątek i jak świetnie potrafił go poprowadzić.

Poza cudowną okładką, która ujęła mnie już przy pierwszym spojrzeniu, Modlitwa nieznajomej ma w sobie coś więcej. Jest cudowną, pocieszającą i ujmującą lekturą, która zapada w pamięć, ma mądry, warty uwagi morał i porusza problemy, o których należy mówić. Warto po nią sięgnąć, zachęcam każdego by dał się przekonać tej pięknej historii. Polecam!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Święty Wojciech!

sobota, 16 listopada 2013

Rozmawiamy: Jak postrzega się czytających ludzi?

Z natury jestem osobą, która rzadko się odzywa. Zwłaszcza niepytana. Nie lubię się wtrącać w czyjeś życie (i równie bardzo irytuje mnie jak ktoś nachalnie wtrąca się w moje), nie lubię narzucać innym swojego zdania, ale uwielbiam dyskusje, zwłaszcza te mądre, na temat, ciekawe i konstruktywne. Z racji tego, że po ostatnim moim przemyśleniowo - rozkminowym poście reakcja była (przemile!) pozytywna, wpadłam na genialny pomysł, aby to kontynuować. A żebyście nie musieli wysłuchiwać ciągle tylko mojego zdania, zagadnęłam trzy blogerki. A one chętnie mi odpowiedziały.

TumblrA wszystko idzie o to, jak ludzie postrzegają osoby, które czytają (w ogromnych ilościach) książki. Z pozoru błahy problem, a jednak ciężko na niego jednoznacznie odpowiedzieć. Ja, na przykład, z racji tego, że większość swojego życia spędzam aktualnie w szkole (i zbyt szybko to się niestety nie zmieni), postanowiłam wolny czas w tym miejscu przeznaczyć na czytanie. I jak się okazało, nikt nie wytykał mnie palcami, nikt się ze mnie nie śmiał, ludzie nawet z uśmiechem do mnie podchodzą jak czytam by zagadnąć o książkę, zapytać czy ciekawa. Nie mówiąc już o nauczycielach, którzy zawsze jak mnie widzą czytającą to się jakoś milej nastawiają…

A z drugiej strony, kilka tygodni temu byłam zmuszona czekać godzinkę na rodziców we Wrocławiu, a że dzień był akurat słoneczny postanowiłam poczytać na świeżym powietrzu, na parkowej ławeczce. Siedzę sobie zaczytana, gdy nagle przeszedł obok mnie mój daleki znajomy, popatrzył na mnie jakoś z grozą i zapytał ze strachem, co ja robię przy tych książkach, dlaczego sobie jeszcze bardziej psuję wzrok i tracę czas! Przyznam szczerze, że nieco osłupiałam. Naprawdę czytanie książek jest takie straszne?

Najpierw musiałam dowiedzieć się,  czy w ogóle ktoś oprócz mnie jeszcze w miejscach publicznych czyta. Spójrzcie, co na to Gagatek:

Czy czytam w miejscach publicznych? To zależy. Czasami nie mam chęci, zdarza się też, że moja torba jest wypełniona po brzegi, a mój kręgosłup nie zniósłby dodatkowego ciężaru w postaci powieści. Najczęściej czytam jadąc autobusem miejskim na jakieś spotkanie, czy popołudniowe zajęcia dodatkowe. Są to książki, które akuratnie czytam, chyba że pochłaniam cegłę, wtedy biorę coś cienkiego, żeby nie musieć dźwigać.

Za to Sol ma już nieco inne zdanie:

Przyznam szczerze, że rzadko zdarza mi się czytać w miejscach publicznych, ale jeśli już, to są to raczej poczekalnie w szpitalach i przychodniach. Wolę moje zacisze domowe i ciszę podczas czytania. Jakie książki czytam wtedy? Hmm...  To, GDZIE czytam, nie rzutuje jakoś specjalnie na to, CO czytam.

Jak dla mnie czytanie w miejscach publicznych jest fajne... gdy ktoś potrafi się wyłączyć. Gdy książka jest naprawdę dobra to nie jest to wcale trudne, ale czasami przy codziennym zgiełku, skupienie się nie należy do łatwości… Choć nie jest niemożliwe. A jak wygląda taki zaczytany człowiek? Jak inni reagują widząc młodą osobą z książką w ręku?
Its true 
To jest akurat bardzo dobre pytanie. – pisze mi dalej Sol, a ja już nastawiam uszu (a właściwie oczu!), bo widzę że dalsza wypowiedź będzie równie ciekawa - Ludzie reagują różnie, zwłaszcza ci, co nie czytają w ogóle, a posiadanie jakiejkolwiek ilości książek w ich mniemaniu to tragedia. Takie osoby często śmieją się i gadają takie głupoty, że aż nie chce mi się ich przytaczać - właśnie od takich osobistości staram trzymać się z daleka. Nie lubię, kiedy ktoś wyśmiewa to co kocham, jeśli nawet jego słowa nie są kierowane do mnie - zamieniam się wtedy we wredną zołzę, która nie potrafi trzymać języka za zębami, a cięte riposty rzuca z prędkością światła. Nie rozumiem.... i jeszcze raz NIE ROZUMIEM takiego zachowania i wytykania palcami, że ktoś lubi całymi dniami czytać, a nie imprezować, grać w gry różnego rodzaju, albo siedzieć przed tv. Czy ja takie osoby drażnię swoimi głupimi tekstami? Nie. Róbta co chceta, wolny kraj. Czy ma to wpływ na relację? Ma. Sądzę, że dobry, przynajmniej stronię od osób, które są nietolerancyjne i nie potrafią zrozumieć pasji drugiego człowieka - a to, czego nie rozumieją uznają za głupie. Nie widzę sensu utrzymywania relacji z takimi osobami. 
Są jednak tacy, którzy rozumieją i cieszą się z mojej pasji. Właśnie takimi osobami staram się otaczać:)

A Gagatek? Gagatek skupił się na rodzicach, bo to oni właśnie są jej najbliższą rodziną:

Bywa różnie - naprawdę. Oczywiście, są ze mnie dumni, że piszę, prowadzę bloga, interesuję się literaturą. Ale kiedy coś nabroję, w szkole nie idzie tak jak powinno, rozpoczynają się kłótnie i teksty : "Nie powinnaś tyle czytać i pisać. Zamiast pisać recenzje powinnaś się uczyć", itd. Prawdę mówiąc, już dawno przestałam się tym przejmować. W końcu rodziców nigdy nie da się zadowolić ;)

Za to Julia pisze mi, że…
W mojej rodzinie i najbliższym otoczeniu wiele osób czyta. Obsesyjnie jedynie ja. Sądzę, że reszta chyba nie o ma o tym żadnego zdania. Dopóki nie spędzam całego czasu z nosem w książkach, uznają to za coś normalnego. Przynajmniej do pewnego stopnia.

(Pozwólcie, że przemilczę to, że w mojej rodzinie uważa się, że książki to są moje dzieci, a jak nikogo nie ma w domu to robię sobie z nimi imprezy – moja rodzina nigdy nie była normalna xd Chociaż normalność to pojęcie względne. Zresztą czy osoba, która tak ja gada do swoich książek, wącha i przytula do snu może być normalna?)

.Co jest najmilsze w byciu molem książkowym? Prezenty, które najczęściej są trafione! Tak przynajmniej twierdzi Sol (a ja się z nią zgadzam!), a na koniec dodaje jeszcze: Tak samo w pracy. Moja kierowniczka, twierdząc, że jestem oczytana daje mi do napisania masę tekstów, a ja mam wielki zaciesz mogąc się wykazać. Dodatkowo maile z propozycjami współpracy - czuję się doceniona i jest mi miło, kiedy ktoś sam do mnie napisze. Można też wliczyć w to osoby czytające bloga, które przysyłają mi miłe maile :) W końcu piszę dla Was, a nie tylko dla siebie.

I końcowa wypowiedź Julii, której nie mogło tu zabraknąć:


Przez to że lubię czytać, założyłam bloga, a dzięki temu spotkało mnie mnóstwo niesamowitych rzeczy i poznałam wspaniałych ludzi. A podobno bibliofile są aspołeczni. 

Co mogę dodać na koniec? Na pewno to, że ukrywanie się z zamiłowaniem do czytania jest według mnie głupie, a i też na pewno nie wpływa dobrze na ukulturalnienie społeczeństwa – im więcej osób będzie widziało, że w naszym kraju jest młodzież, która naprawdę chętnie czyta  - tym więcej sięgnie po książkę! Także nie bójmy się… i czytajmy :3

A Wy, co o tym sądzicie? Czytacie publicznie czy może tylko w domu? Jak reagują na to wasi znajomi i rodzina? 

Wystąpiły:

Dziękuję Wam bardzo, dziewczyny! :*

wtorek, 12 listopada 2013

206. Mój Adam

Mój Adam - Ewa Nowak


Autor: Ewa Nowak
Tytuł: Mój Adam
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 9 października 2013
Liczba stron: 315


W dzisiejszych czasach panuje myśl, że ślub jest najważniejszym dniem w życiu młodej zakochanej pary i to jaki będzie zaświadczy o ich przyszłym życiu. Dlatego też na śluby bierze się ogromne kredyty, zaprasza całą, nawet najdalszą rodzinę i pokazuje się wszystkim „na co nas stać”. I wszyscy żyją w błogim przekonaniu, że to wszystko wystarczy, aby każdy kolejny dzień był miodem i mlekiem płynący. Tymczasem to nie ślub jest najważniejszym dniem w życiu – najważniejszy jest każdy dzień po ślubie. Najważniejsze jest to, aby gdzieś między tymi pieniędzmi, kwiatami i prezentami nie stracić prawdziwej i szczerej miłości.

A właśnie o miłości jest nowa książka Ewy Nowak – Mój Adam - która stanowi zbiór dwunastu opowiadań, całkowicie niepowiązanych ze sobą, a traktujących właśnie o miłości. A właściwie o miłości, w której nie ma miłości. O braku miłości. O braku szczęścia w miłości. I o tym jak czasami można się w niej pomylić, zabłądzić, zawirować. Co robić gdy wszystko zaczyna się walić, gdy ma się ochotę pójść na skróty, gdy z tęsknoty za ukochaną osobą aż boli serce.  A to wszystko z bohaterami których poznać mogliśmy w serii miętowej, którą pokochały tysiące dziewcząt w Polsce i teraz mogą na chwile wrócić do niej wspomnieniami, podpatrując do wydarzyło się u znanych im bohaterom.

Ewa Nowak to jedna z tych autorek, których książki biorę w ciemno. Nieważne przez kogo wydana, nieważne kiedy, nieważne czy przeznaczona dla młodzieży czy dla dzieci (a musicie wiedzieć, że książki dla dzieci autorstwa Ewy Nowak są naprawdę wspaniałe i ja osobiście je uwielbiam!), najważniejsze, że jej autorstwa. Przeczytałam już każdą książkę w jej dorobku, większość nawet dwukrotnie lub trzykrotnie, i każda jest niepowtarzalna i naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Ewa Nowak potrafi poruszyć moje nastoletnie serce, potrząsnąć moją nastoletnią duszą i sprawić, że jej książki połykam tak błyskawicznie, że po lekturze aż mi szkoda tej literackiej uczty. I kiedy sięgałam po Mojego Adama, miałam dosyć wysokie wymagania. I muszę przyznać, że troszeczkę się zawiodłam. Ale naprawdę troszeczkę.

Bo okazało się, że pisanie długiej powieści, w której można do woli rozwijać wątki, a krótkich opowiadań, to dwie różne sprawy.  I może się okazać, że autorka, która powieści pisze fenomenalnie równie fenomenalne napisze opowiadanie (przykład pierwszy z brzegu? Moja ukochana Montgomery! Każdy jej zbiór opowiadań to przedłużenie wspaniałości Ani z Zielonego Wzgórza i reszty – po prostu mistrzyni form krótkich i długich!). Lecz może być i odwrotnie – świetność książki nie przełoży się na świetność opowiadań. Ewa Nowak stoi gdzieś pośrodku – w całej mojej miłości do jej twórczości muszę przyznać, że te opowiadania nie są na tak wysokim poziomie jak cała seria miętowa. Owszem, lekki, przyjemny styl pozostał, język również bez zastrzeżeń, ale czegoś brakuje – jakiegoś ciągu, wydarzenia jakby w tych opowiadaniach za szybko biegły, brakuje przerwy z charakterystyczną dla tej autorki anegdotą, uśmiechem, cytatem, przygodą. Brakuje tego, za co najbardziej kocham jej dłuższe formy.

Mimo wszystko jednak autorka nie zawiodła w jednej z najcenniejszych rzeczy w książce – w morale. Morał jest i to w każdym opowiadaniu – można go znaleźć wszędzie i każdy z nich jest prosty, plastyczny, zrozumiały, a jednocześnie autorka nie przekazuje go w sposób brutalny i nachalny. Pokazuje na przykładzie, sama wciela w swoich bohaterów złe oblicza, pod nogi kładzie im całe mnóstwo problemów (mi, jako duszy wrażliwej, naprawdę czasem było ich bardzo szkoda!) i każde to opowiadanie zakańcza jakąś myślą do zastanowienia dla czytelnika. Te zakończenia są otwarte i choć u innych autorów mnie to irytuje, u Ewy Nowak mnie to zachwyca, ponieważ w naprawdę prosty, ale trafny sposób przekazuje wszystko co miała do powiedzenia i… znika. A czytelnik może na chwile pomyśleć.

Choć w Moim Adamie znalazłam kilka mankamentów, co zmienia jednak faktu, że przy tej lekturze naprawdę dobrze się bawiłam. Ewa Nowak, nawet na niższym poziomie, wciąż pozostała ulubioną Ewą Nowak i jej charakterystyczny, bardzo przyjemny w odbiorze język, humor i morał również. Czyta się błyskawicznie, dosłownie w kilka chwil i jest świetne na przerwę czy też smutne popołudnie. Polecam i młodzieży i tym starszym  - bez wygórowanych wymagań naprawdę będziecie zadowoleni!

sobota, 9 listopada 2013

Listopadowy KONKURS!

Obiecałam i jest! Mam nadzieję, że nagroda Was usatysfakcjonuje i zgłosicie się do niej licznie, bo ja te książki już czytała, recenzowałam i muszę przyznać, że są naprawdę godne uwagi! Zaczynamy?

PO PIERWSZE:
polub Papierowy Azyl na fejsbuku - tutaj - i/lub dodaj do obserwowanych. Będzie mi również bardzo miło gdy dodasz na swojego bloga bannerek konkursowy, który znajdziesz poniżej :3

PO DRUGIE:
zgłoś się w komentarzu! Nie ma tym razem żadnych konkursowych zadań, bo nie mam weny na wymyślenie jakiegoś trafnego, więc nie musisz się nawet za bardzo wysilać! Wyraź swoją chęć przeczytania tych książek i czekaj na wyniki, gdy wylosuję jedną osobę :3
           
A NAGRODY TO...

Krąg - Mats StrandbergOgień - Mats Strandberg

Dwie części sagi duetu Strandberg&Elfgren wydane przez wydawnictwo Czarna Owca!
Możecie sobie wybrać - czy chcecie pierwszą część czy drugą, a może obydwie?
Książki pochodzą z mojej biblioteczki i trafią do tego, który przy losowaniu będzie miał szczęście :3 Warunek jest jeden - nie wysyłam książek za granice - każdy kto chce się zgłosić musi mieć adres w Polsce!

A na Wasze zgłoszenia czekam od dziś do końca listopada :3

Bannerek, za którego umieszczenie na swoim blogu i podlinkowanie do tej notki będę bardzo wdzięczna:


Enjoy! :*

piątek, 8 listopada 2013

205. Ogień

Ogień - Mats Strandberg


Autorzy: Mats Strandberg, Sara B. Elfgren
Tytuł oryginalny: Eld
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania 28 sierpnia 2013
Liczba stron: 696


Idziesz pewnie ulicą, choć dookoła duszący i ciemny mrok nocy. Stawiasz coraz szybsze kroki, aby już jak najszybciej znaleźć się, w mniej lub bardziej, ale zawsze bezpiecznym domu. Wmawiasz sobie, że to nic strasznego, że przecież nic nie może ci się stać, ale tak naprawdę czujesz w powietrzu coś niepokojącego i nieznanego. Coś, co sprawia, że w gardle czujesz gulę, a nogi stają się miękkie jak wata. Mimo to nie zatrzymujesz się – może tylko ci się wydawało? A jeśli… nie? Czy w twoim spokojnym dotąd miasteczku, może wydarzyć się coś strasznego?

Wybrańcy – piątka młodych dziewczyn, które mają uratować świat przed demonami, czającymi się dookoła i to jeszcze w ich własnym mieście. Linnea, Vanessa, Minoo, Anna-Karin i Ida – każda inna, z całkiem różnego środowiska, a jednak wszystkie mają to samo zadanie i ten sam cel. Wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego w ich szkole pojawia się nowa grupa ludzi, których przywódczynią jest matka Eliasa – czy im się tylko wydaje, czy ona naprawdę chce zemścić się za jego śmierć? Pozytywne Engelsfors z pozoru wydaje się bardzo niewinne i zdaje się promować tylko dobre wartości… lecz czy na pewno? Jak młode dziewczyny poradzą sobie z tym zadaniem?

Jest takie powiedzenie, które pewnie wszyscy kiedyś już słyszeli – co dwie głowy to nie jedna. I Ogień, który jest drugim tomem serii pokazuje, że to przysłowie wcale się nie myli, bowiem duet Strandberg i Elfgren po raz kolejny stworzyli świetną, trzymającą w napięciu powieść, którą doskonale się czyta. I myślę, że z pewnością sięgnę po kolejny tom, ponieważ autorzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że naprawdę będę musiała!

Tło tej powieści to szwedzkie miasteczko położone na północy, gdzie klimat jest surowy, zimny i dość nieprzyjemny. I tak też można określić klimat tej książki – nie ma w niej ciepła, zbyt wiele radości czy optymizmu. To przeciwieństwo lekkiej powieści, jakimi rynek literacki jest corocznie zalewany. Przeczytanie Ognia sprawia, że na chwilę odcinamy się od tej wszechogarniającej słodkości i kiczowatości – tutaj mamy ciężką literaturę, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, ponieważ naprawdę zadziwiająco dobrze się ją czyta.

W drugiej części cykl autorzy wprowadzają całkiem nowe, ale bardzo ciekawe wątki, dzięki którym książka jest coraz bardziej ciekawa i robi się ciekawsza z strony na stronę. Poza tym mamy powiew świeżości, nie odgrzewanie starych kotletów lecz wyjście do czytelników z czymś nowym i zachwycenie ich ponownie. Myślę, że każdy kto zakochał się w Kręgu, na Ogniu się nie zawiedzie, zwłaszcza że druga część jest w sumie dwa razy grubsza. Przyznam, że przez to niestety ciężko się ją nieco czyta, bo chodzenie z taką cegłą do najprzyjemniejszych nie należy, ale z drugiej strony to dwa razy więcej czytelniczej przyjemności i uczty literackiej!

Ogień trzyma więc poziom i mam nadzieję, że w trzecim tomie autorzy również tak pozytywnie nas zaskoczą. Jak widać pomysłów na nowe powieści im nie brakuje, mają również świetne pióro i potrafią przenieść polskiego czytelnika do surowej Szwecji, gdzie żarty się kończą. Ja z lektury jestem naprawdę zadowolona i polecam ją wszystkim, którzy są już po pierwszym tomie – myślę, że się nie zawiedziecie!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

czwartek, 7 listopada 2013

Kilka słów o tym, jak podążamy za tłumem

Mam dzisiaj dzień wytchnienia, odpoczynku, ponieważ z racji wczorajszej męczącej wycieczki i złego samopoczucia po niej zostałam w domu. Deszcz dzwoni mi przyjemnie w szybę, ja połykam kolejne książki, zajadam się czekoladą (truskawkową! słodka strasznie, ale pyszna :3), piszę kolejną recenzję (ale jakoś opornie mi to idzie), a przy okazji też zebrało mi się na rozkminy. Dla niewtajemniczonych - rozkminy to takie myśli, które nachodzą człowieka zupełnie niespodziewanie - robisz coś zwykłego, codziennego i nagle dostajesz olśnienia, wpadasz na coś, o czym wcześniej nie myślałeś, a to wydaje ci się takie genialne, że musisz się tym podzielić. Zaraz, teraz, natychmiast. Co też postanowiłam uczynić.

(:A rzecz w tym, że ostatnio coraz częściej obserwuję zjawisko podążania, często całkiem ślepo, za tłumem. Przykład? Ktoś nie czyta powieści obyczajowych, kobiecych, bo ich po prostu nie lubi, nie czuje się dobrze w tych tematach, uważa je za błahe i nieważne, ale nagle wszyscy polecają jedną z nich, wychwalają nad niebiosa i nie mogą się nadziwić jaka jest wspaniała, cudowna, ulubiona. Twierdzi, że nie może się oprzeć, a że akurat tak się składa, że współpracuje z wydawnictwem, które tę powieść wydaje i postanawia wziąć ją do recenzji. Kiedy przychodzi zaczyna czytać i nic, nie rozumie tego zachwytu. Po lekturze siada do recenzji i co robi? Atakuje powieść kobiecą za to, że jest... powieścią kobiecą (może nie tak wprost, ale po przeczytaniu takiej recenzji wiadomo, że problem tkwi nie w książce, lecz w gustach recenzenta). I gdzie tu logika? Ten przykład nie jest wymyślony, nie trzeba długo szukać w naszej blogosferze, żeby go odnaleźć niemal na każdym kroku. Wszyscy polecają? Co z tego, że tego nie lubię - jak wszyscy to mają, wszyscy o tym gadają to ja nie mogę być gorszy!

Nie jest tak? Dlaczego często zamiast swojego sumienia słuchamy się tłumu, innych, którzy może nawet nie zawsze dobrze nam doradzą, ale żeby wiedzieć o czym mówią, co jest na topie i żeby nie odstawać od reszty robimy to samo. I to nie tylko w lekturach jakie dobieramy, ale również w takich sprawach jak wygląd czy nazwa - najpierw wszyscy masowo przenosili się z onetu na blogspota, potem wszyscy zmieniali swoje tła na jak najjaśniejsze i najprostsze, teraz nagle wszyscy zmieniają nazwę bloga - zauważyliście? I zapytajmy się własnego sumienia - robimy to dlatego, że naprawdę jest to konieczne czy dlatego że zobaczyliśmy to u innych i też takie chcemy mieć?

A najśmieszniejsze w tym jest to, że przecież wszystko to potem szybko ucicha i nikt o tym już nie pamięta. Pewnie niektórzy jeszcze pamiętają aferę jaka była jakieś półtora roku temu z konkursami - ktoś gdzieś odkrył, że rozdawajki są niezgodne z prawem polskim i można za nie zapłacić naprawdę wysokie kary. Wtedy w ciągu naprawdę tygodnia wszystkie rozdawajki jakie na blogach były zostały zatrzymane, zawieszone lub zaraz dopisano do nich konieczne zadanie konkursowe. Wszystkich ogarnął blady strach, bo przecież nikt tej kary płacić nie chciał (a patrząc z perspektywy czasu - jaka była szansa na to, że ktoś wejdzie na bloga książkowego i widząc candy wlepi mandat i zacznie ścigać blogera?). A teraz? To wszystko już dawno minęło i bez oporów robione są konkursy, w których jedynym warunkiem jest zgłoszenie się w komentarzu. Czy gdyby dzisiaj ktoś z wpływowych blogerów opublikował tekst z fragmentami artykułów w prawie polskim, które o tym mówią, czy mielibyśmy sytuację podobną jak przed rokiem?

lili
Czasami śmieszy mnie, jak widzę na waszych fanpejdżach fejsbukowych pytania do czytelników - czy zmieniać tło? która nazwa będzie lepsza? co myślicie o tym co zrobiłam? czy ten konkurs to na pewno dobry pomysł? Ludzie, nie potraficie już sami decydować o swoim blogu? Potrzebujecie do wszystkiego potakiwania innych? Jasne, czasami warto posłuchać kogoś innego, zdać się na opinię recenta, któremu ufamy, ale jednocześnie przy tym kierować się własnym mózgiem i własnym sumieniem. I intuicją - one często wiedzą lepiej, tylko my ich nie chcemy słuchać.

Wiem, że trochę marudzę, ale mam nadzieję, że do kogoś to przemówi. I nie bierzcie wszystkiego do siebie - mówię tu o wielu przypadkach, na które wciąż się natykam, lecz wiadomo - są takie blogi i takie strony, które naprawdę robią to, na co mają ochotę, piszą to co chcą i świetnie im to wychodzi, bez podążania ślepo za tłumem. I wiem, że ja też nie jestem święta i też wciąż popełniam te błędy o których piszę, ale powoli staram się je.. eliminować. I robić nie to co wszyscy, ale to na co mam akurat chęć. I wenę :3

***
Z bieżących informacji :
mam przeogromne zaległości recenzenckie, ale jednocześnie tyle rzeczy na głowie, że nie mam czasu i weny się za to wziąć. Ale obiecuję poprawę i w przyszłym czasie zasypię Was recenzjami :3 
Poza tym to zapraszam na mojego fanpejdża - tam często piszę o tym co mi leży na sercu i co mi w duszy gra :3 A poza tym tam będziecie jako pierwsi informowani o nowych recenzjach :3 
A w weekend... konkurs! A jeśli nie możecie się już doczekać, to możecie wystartować także w innym konkursie - na Literaturze! TUTAJ go znajdziecie :3 Zacne nagrody czekają!
I zapraszam Was do śledzenia najlepszego portalu o literaturze dla młodych - literatura.juventum.pl - gdzie znajdziecie najlepsze recenzje wielu młodych recenzentów pełnych zapału, a oprócz tego zapowiedzi, cytaty, artykuły, fragmenty czytane przez redaktorki i nie tylko! :3

Enjoy! :*

poniedziałek, 4 listopada 2013

204. Droga do Zielonego Wzgórza



Autor: Budge Wilson 
Tytuł oryginalny: Before Green Gables
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: luty 2009
Liczba stron: 444


Mała, chuda, piegowata dziewczynka, a do tego jeszcze z wściekle rudymi włosami zaplecionymi niedbale w dwa długie warkocze. Jej strój nie zachwyca, do najładniejszych też nie należy. A na dodatek buzia jej się nie zamyka! W głowie tysiące marzeń i planów, serce pełne miłości do świata, który tak często już ją zranił i dał w kość. Wesoła i potrafiąca tak pięknie wyrazić swoje uczucia jak mało kto. I powiedzcie mi, jak jej nie kochać?

Kiedy młodemu małżeństwu Shirleyów urodziło się dziecko, po dziewięciu pełnych napięcia miesiącach oczekiwania, oboje byli przeszczęśliwi i od pierwszej sekundy swoją małą dziewczynkę całym sercem, a postanowili nazwać po prostu Anią. Mała miała zgrabny nosek po mamie i rude loki po ojcu, ale w sercu obojga rodziców była na pierwszym miejscu. Lecz gdy najpierw Berta umiera na suchoty, gdy mała ma trzy miesiące, a kilka dni później Walter na febrę, dalsze szczęście maleństwa wisi na włosku. Przygarnia ją pani Thomas, która ma trzy córki i męża pijaka. A gdy tylko mała Ania podrośnie i na świat przyjdą kolejni synowie jej opiekunki, będzie ona musiała przejąć znaczną część domowych obowiązków… Co jeszcze ją spotka zanim trafi na Zielone Wzgórze?

To nie tajemnica, że Ania z Zielonego Wzgórza, jej dalsze części i w ogóle cała proza Lucy Maud Montgomery to jedne z moich najulubieńszych i najukochańszych książek na świecie. Czytałam je mnóstwo razy i wciąż do nich wracam, ponieważ to są lektury, które mnie ukształtowały, więc zawsze znajdę w nich fragment odpowiedni do chwili i sytuacji. Nimi się pocieszam i dołuję, z nimi przepędzam smutne dni, książkowe zawieszenie, czytelniczą niemoc czy też książkowego kaca. Mogłabym się jeszcze nad tym rozwodzić godzinami jakie są cudowne i wspaniałe, ale nie w tym rzecz. W ostatni weekend przeczytałam książkę, dzięki której Anię z Zielonego Wzgórza przeżyłam na nowo, na nowo się w niej zakochałam i jeszcze lepiej poznałam moją ukochaną bohaterkę!

Kiedy Droga do Zielonego Wzgórza weszła na polski rynek w 2009 roku ja od razu wiedziałam, że CHCĘ ją mieć. Nierzadko mi się to zdarza, lecz myślę, że większość moli książkowych zna to uczucie – widzisz książkę, która musi być twoja choćby nie wiem co. Lecz niestety były to czasy, w których książek raczej nie kupowałam, nie chodziłam nawet po księgarniach, korzystałam jedynie z domowych zbiorów lub bibliotek – akurat w moim mieście dosyć słabo zaopatrzonych. I choć ogromnie miałam na nią ochotę, szybko mi to przeszło i zapomniałam o niej, zresztą byłam przekonana, że z pewnością nie dorówna mojej ukochanej Montgomery i jeśli mam się zawieść to wolę jej nie czytać w ogóle. I tak trwałam w tym przekonaniu, tymczasem na tegorocznych wakacjach zobaczyłam ją na półce u jednej z najwspanialszych osób jakie znam i uznałam, że choć półki mi się z domu uginają od nieprzeczytanych książek to chyba tę też gdzieś wcisnę w grafik. I wzięłam, a w ostatnich wolnych dniach udało mi się za nią zabrać. I kiedy tylko ją zaczęłam, przepadłam od pierwszych stron. Bo ta książka to po prostu perełka nad perełkami!

Budge Wilson pisze w tak niesamowity, magnetyczny sposób, że nie sposób się po prostu oderwać od jej słów. Wykreowała całą przeszłość Ani od dnia jej narodzin, aż do chwili gdy wysiada z pociągu w Avonlea by skierować się na Zielone Wzgórze. I nawet czytelnik, który przecież z lektury Ani będzie znał zarys jej historii (zwłaszcza jeśli przeczytał ją niezliczoną ilość razy) to i tak będzie z zapartym tchem i napięciem śledził dalsze jej losy i przygody. A wszystko dlatego, że napisała je autorka, która potrafi stworzyć niesamowity klimat powieści, zaczarować czytelnika i zachować niesamowitą delikatność pióra. Czyta się to tak szybko, prosto i lekko, że aż ciężko ją odłożyć, póki nie pozna się końca.

Ci, którzy boją się, że Budge Wilson kopiuje lub nieumiejętnie podrabia Montgomery, mogą swoje lęki porzucić i odrzucić daleko za siebie. Bo to jest niesamowite – mamy tu ogromny wkład pracy pisarki, która wspaniale wykreowała te wydarzenia sprzed Ani z Zielonego Wzgórza, ale jednocześnie miałam wrażenie jakby nad tym wszystkim czuwała sama Lucy. Ania Budge Wilson to ta sama dziewczynka, która zaczarowuje nas w prozie kanadyjskiej autorki – tak samo szalona, nieprzewidywalna, optymistyczna, z głową w chmurach i wymyślająca niezwykłe rzeczy oraz wpadająca na niesamowite pomysły. Choć przy pisaniu tej powieści Kanadyjki już na tym świecie nie było, to ma się wrażenie jakby ona również ją tworzyła.

Ja  p o k o c h a ł a m  Drogę do Zielonego Wzgórza i od teraz to jedna z najpiękniejszych i najukochańszych książek jakie przeczytałam w tym roku. Trafia na ulubioną listę powieści, po których czuję się inna i naprawdę ubogacona. Wam polecam ją z całego serca – czy kochacie Anię z Zielonego Wzgórza czy nie, a nawet jeśli jeszcze jej nie znacie i tak po tę powieść powinniście sięgnąć. Bo ona jest po prostu epicka. 

sobota, 2 listopada 2013

Podsumowanie października

Nie rozumiem. Nie rozumiem jak można nie cieszyć się z listopada, który wczoraj właśnie się zaczął. Przecież to jeden z najlepszych miesięcy w roku! Szybkie uciekanie ze szkoły do domu, zakopywanie się w ciepłym łóżku, picie ciepłego kakałka i długie czytanie książek oraz oglądanie seriali. Jak można tego nie lubić? Dla mnie listopad już od kilku lat jest miesiącem w którym czytam najwięcej książek w całym roku, więc mam nadzieję, że ten również taki będzie. Bo choć szkolnych obowiązków mam mnóstwo to jednak czas na czytanie zawsze sobie potrafię wygospodarować :3

A październik? Październik również był udany. Na początku czytanie szło mi średnio, coś nie mogłam się przestawić, złapała mnie jesienna chandra i czytelnicza niemoc. Jednak gdy niemal równo w połowie - 14 października - rozpędziłam się w czytaniu, to ciężko było mnie zatrzymać :D I takim sposobem połknęłam 12 pozycji, a większość z nich była bardzo zacna :3 Poza tym mój blog skończył dwa latka co dodało ogromnego kopa i całe mnóstwo motywacji - ponownie dziękuję, że jesteście!

W październiku przeczytałam:
  1. Eleanor H. Porter Pollyanna
  2. Sara Shepard Gra w kłamstwa
  3. Dana Sachs Tajemnica słowiczego pałacu
  4. Katarzyna Michalak W imię miłości
  5. Anna Ficner-Ogonowska Krok do szczęścia
  6. Krystyna Mirek Droga do marzeń
  7. Anna Ficner-Ogonowska Zgoda na szczęście
  8. Lucy Maud Montgomery Pożegnanie z Avonlea
  9. Marcin Jakimowicz Ciemno czyli jasno
  10. Jordi Sierra i Fabra Krzyk
  11. Olga Rudnicka Drugi przekręt Natalii
  12. Mats Strandberg, Sara B. Elfgren Ogień
I znowu multum zaległości do zrecenzowania - wybaczcie mi, ale jakoś wolałam ten czas w którym powinnam recenzować przeznaczyć na czytanie - i tak jakoś wyszło xd Obiecuję jednak poprawę! Ah, i chciałam jeszcze dodać, że pod wpływem Gry w kłamstwa obejrzałam pierwszy - pilotowy - odcinek The Lying Game i naprawdę jestem jak na razie zadowolona :D Gdyby ktoś chciałby tylko rozciągnąć mi wolny czas to obejrzałabym od razu wszystko!

Podsumowując...

Ilość książek przeczytanych: 12
  • recenzeckie - 7
  • własne - 3
  • z biblioteki/pożyczone - 2
Ilość książek zrecenzowanych: 7
Najlepsza pozycja: hm, Droga do marzeń, Pollyanna i Gra w kłamstwa 
Najgorsza pozycja: Krzyk
Polski autor miesiąca: Krystyna Mirek i Anna Ficner-Ogonowska - ich ksiażki to prawdziwa czytelnicza uczta <3

A w listopadzie...

...konkurs! Teraz już naprawdę! 
...uzupełnienie wszystkich zaległości - koniecznie!
...napisanie chociaż dwóch tekstów nierecenzyjnych, choć okołosiążkowych
...przeczytanie co najmniej 7 książek

A jak Wasz październik? 
Enjoy! :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...