poniedziałek, 4 listopada 2013

204. Droga do Zielonego Wzgórza



Autor: Budge Wilson 
Tytuł oryginalny: Before Green Gables
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: luty 2009
Liczba stron: 444


Mała, chuda, piegowata dziewczynka, a do tego jeszcze z wściekle rudymi włosami zaplecionymi niedbale w dwa długie warkocze. Jej strój nie zachwyca, do najładniejszych też nie należy. A na dodatek buzia jej się nie zamyka! W głowie tysiące marzeń i planów, serce pełne miłości do świata, który tak często już ją zranił i dał w kość. Wesoła i potrafiąca tak pięknie wyrazić swoje uczucia jak mało kto. I powiedzcie mi, jak jej nie kochać?

Kiedy młodemu małżeństwu Shirleyów urodziło się dziecko, po dziewięciu pełnych napięcia miesiącach oczekiwania, oboje byli przeszczęśliwi i od pierwszej sekundy swoją małą dziewczynkę całym sercem, a postanowili nazwać po prostu Anią. Mała miała zgrabny nosek po mamie i rude loki po ojcu, ale w sercu obojga rodziców była na pierwszym miejscu. Lecz gdy najpierw Berta umiera na suchoty, gdy mała ma trzy miesiące, a kilka dni później Walter na febrę, dalsze szczęście maleństwa wisi na włosku. Przygarnia ją pani Thomas, która ma trzy córki i męża pijaka. A gdy tylko mała Ania podrośnie i na świat przyjdą kolejni synowie jej opiekunki, będzie ona musiała przejąć znaczną część domowych obowiązków… Co jeszcze ją spotka zanim trafi na Zielone Wzgórze?

To nie tajemnica, że Ania z Zielonego Wzgórza, jej dalsze części i w ogóle cała proza Lucy Maud Montgomery to jedne z moich najulubieńszych i najukochańszych książek na świecie. Czytałam je mnóstwo razy i wciąż do nich wracam, ponieważ to są lektury, które mnie ukształtowały, więc zawsze znajdę w nich fragment odpowiedni do chwili i sytuacji. Nimi się pocieszam i dołuję, z nimi przepędzam smutne dni, książkowe zawieszenie, czytelniczą niemoc czy też książkowego kaca. Mogłabym się jeszcze nad tym rozwodzić godzinami jakie są cudowne i wspaniałe, ale nie w tym rzecz. W ostatni weekend przeczytałam książkę, dzięki której Anię z Zielonego Wzgórza przeżyłam na nowo, na nowo się w niej zakochałam i jeszcze lepiej poznałam moją ukochaną bohaterkę!

Kiedy Droga do Zielonego Wzgórza weszła na polski rynek w 2009 roku ja od razu wiedziałam, że CHCĘ ją mieć. Nierzadko mi się to zdarza, lecz myślę, że większość moli książkowych zna to uczucie – widzisz książkę, która musi być twoja choćby nie wiem co. Lecz niestety były to czasy, w których książek raczej nie kupowałam, nie chodziłam nawet po księgarniach, korzystałam jedynie z domowych zbiorów lub bibliotek – akurat w moim mieście dosyć słabo zaopatrzonych. I choć ogromnie miałam na nią ochotę, szybko mi to przeszło i zapomniałam o niej, zresztą byłam przekonana, że z pewnością nie dorówna mojej ukochanej Montgomery i jeśli mam się zawieść to wolę jej nie czytać w ogóle. I tak trwałam w tym przekonaniu, tymczasem na tegorocznych wakacjach zobaczyłam ją na półce u jednej z najwspanialszych osób jakie znam i uznałam, że choć półki mi się z domu uginają od nieprzeczytanych książek to chyba tę też gdzieś wcisnę w grafik. I wzięłam, a w ostatnich wolnych dniach udało mi się za nią zabrać. I kiedy tylko ją zaczęłam, przepadłam od pierwszych stron. Bo ta książka to po prostu perełka nad perełkami!

Budge Wilson pisze w tak niesamowity, magnetyczny sposób, że nie sposób się po prostu oderwać od jej słów. Wykreowała całą przeszłość Ani od dnia jej narodzin, aż do chwili gdy wysiada z pociągu w Avonlea by skierować się na Zielone Wzgórze. I nawet czytelnik, który przecież z lektury Ani będzie znał zarys jej historii (zwłaszcza jeśli przeczytał ją niezliczoną ilość razy) to i tak będzie z zapartym tchem i napięciem śledził dalsze jej losy i przygody. A wszystko dlatego, że napisała je autorka, która potrafi stworzyć niesamowity klimat powieści, zaczarować czytelnika i zachować niesamowitą delikatność pióra. Czyta się to tak szybko, prosto i lekko, że aż ciężko ją odłożyć, póki nie pozna się końca.

Ci, którzy boją się, że Budge Wilson kopiuje lub nieumiejętnie podrabia Montgomery, mogą swoje lęki porzucić i odrzucić daleko za siebie. Bo to jest niesamowite – mamy tu ogromny wkład pracy pisarki, która wspaniale wykreowała te wydarzenia sprzed Ani z Zielonego Wzgórza, ale jednocześnie miałam wrażenie jakby nad tym wszystkim czuwała sama Lucy. Ania Budge Wilson to ta sama dziewczynka, która zaczarowuje nas w prozie kanadyjskiej autorki – tak samo szalona, nieprzewidywalna, optymistyczna, z głową w chmurach i wymyślająca niezwykłe rzeczy oraz wpadająca na niesamowite pomysły. Choć przy pisaniu tej powieści Kanadyjki już na tym świecie nie było, to ma się wrażenie jakby ona również ją tworzyła.

Ja  p o k o c h a ł a m  Drogę do Zielonego Wzgórza i od teraz to jedna z najpiękniejszych i najukochańszych książek jakie przeczytałam w tym roku. Trafia na ulubioną listę powieści, po których czuję się inna i naprawdę ubogacona. Wam polecam ją z całego serca – czy kochacie Anię z Zielonego Wzgórza czy nie, a nawet jeśli jeszcze jej nie znacie i tak po tę powieść powinniście sięgnąć. Bo ona jest po prostu epicka. 

4 komentarze:

  1. Nie miałam pojęcia, że ktoś pokusił się o napisanie prequela do serii o Ani! Z przyjemnością przeczytam, choć trochę obawiam się, czy autorka sprostała wyzwaniu - twoja recenzja w dużym stopniu rozwiewa moje wątpliwości. W każdym razie - bardzo chcę przeczytać:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za przypomnienie o tej książce! Też jakiś czas temu na nią trafiłam i bardzo bardzo chciałam ją mieć. I nadal chcę! I będę mieć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham tą recenzję, kocham tą książkę i Anię ♥
    "Drogę do Zielonego Wzgórza" przeczytałam jednym tchem kilka lat temu, ale muszę ją sobie odświeżyć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałem cały cykl (oprócz jednej książki chyba) i nie chciałbym do niego wracać, ale jeśli ta książka tak Ci się podobała, mogę spróbować. :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad :D

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...